Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 779 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

WYWIAD JAROSLAW KACZYNSKI

niedziela, 21 listopada 2010 10:58

Podział polityczny w Polsce nie przebiega według linii poglądów, ale wzdłuż specyficznie pojętej linii kulturowej. Jest taki paradygmat "obciach - cool", "ci w moherach i ci lepsi". Realia są jednak zupełnie inne

Polskie sprawy licytujemy do góry

 

Z Jarosławem Kaczyńskim, prezesem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawiają Katarzyna Orłowska-Popławska i Paulina Jarosińska
Kiedy rozmawialiśmy trzy lata temu, w Pana gabinecie, w Kancelarii Premiera Rady Ministrów, zapewniał Pan, a było to przed wyborami, że Prawo i Sprawiedliwość wprowadzi 280 posłów do Sejmu. Wszelkie inne scenariusze określił Pan wówczas mianem defetystycznych. Teraz mamy do czynienia z ich multiplikacją.
- Cóż mogłem w tamtych okolicznościach? Prawda wówczas była taka, że nikt jeszcze nie wiedział, jak rozłożą się głosy, jaka będzie przyszłość... Dzisiaj jest Pan bardziej powściągliwy w prognozowaniu przyszłości Prawa i Sprawiedliwości?
- Nie powinny szanowne panie przyjmować takiego sposobu myślenia, ponieważ gdybyśmy go przyjęli, to ogromna część partii zachodnich w demokracjach dużo starszych niż nasza powinna już dawno zniknąć, ponieważ nie osiągnęły one nigdy więcej niż 20 proc. głosów. Partia właściwie konstruowana to jest taka partia, która reprezentuje pewną część społeczeństwa, pewien sposób myślenia, system wartości. Oczywiście zabiega o zwycięstwo, ale to nie jest tak, że zwycięstwa przychodzą łatwo. Naszym przeciwnikiem nie jest obecnie tylko Platforma Obywatelska. Mamy wroga w postaci bardzo szerokiego frontu obejmującego tzw. grupę panowania. Trzeba bardzo wyraźnie odróżnić władzę od panowania. Władza jest czymś bardziej doraźnym, natomiast panowanie jest trwałą przewagą jednej grupy. Jesteśmy przeciwko tej grupie, która po 1989 roku ku wielkiej szkodzie znacznej grupy społeczeństwa uzyskała trwałą przewagę. W takich okolicznościach wygrać nie jest łatwo. Mimo wszystko wierzymy, że przyjdzie taki dzień, że wygramy. Jednak pewne przyczółki już Państwo stracili, pytanie tylko, czy bezpowrotnie. Sam Pan powiedział, że kiedyś PiS było w korzystniejszej sytuacji.
- Czy zostały stracone? Byłbym skłonny tutaj do polemiki.
Przegrane wybory parlamentarne i prezydenckie to nie strata?
- Tutaj ważne jest poparcie, a ono rośnie - jesteśmy na fali wznoszącej od kilku lat. W 2005 roku wygraliśmy wybory, uzyskując wynik 27 proc. głosów i trochę ponad trzy miliony wyborców. W 2007 roku przegraliśmy, uzyskując 32 proc. głosów i przeszło pięć milionów wyborców. Przybyło nam o ponad dwie trzecie wyborców. Przewaga naszych przeciwników oparta została na wielkiej kampanii dezinformacyjnej na szeroką skalę w mediach, przez wmawianie ludziom, że najlepszy okres dla Polski był po 1989 roku, ponieważ wszystkie czynniki społeczne, ekonomiczne znajdowały się na niezwykle wysokim poziomie. Był to jednak okres najgorszy w historii ostatnich dwudziestu lat, był zagrożeniem dla demokracji. Niestety, ogromna część społeczeństwa, która nie jest przyzwyczajona do myślenia w kategoriach politycznych, uwierzyła, że tak naprawdę jest. Sytuacja tak absurdalna, że można ją tylko porównać do tej, gdy ktoś, patrząc na milionera z wielkim domem, uwierzył, że to zupełny biedak. Znaczna część społeczeństwa, w tym najczęściej młodzi ludzie, których najłatwiej wprowadzić w błąd, w których przypadku brak pewnego doświadczenia łatwo było wykorzystać naszym konkurentom, poddała się operacji manipulacyjnej. Ostatnie wybory przeprowadzone w wyjątkowych okolicznościach, bo po tragicznej śmierci mojego Brata, Bratowej i tylu przyjaciół, wspaniałych ludzi, przyniosły nam zdecydowaną poprawę, bo w pierwszej turze, która w tym wypadku się liczy, zdobyliśmy 36 procent, czyli więcej niż w 2007 roku. Proszę na to patrzeć w ten sposób. Od chwili powołania PiS mamy wzrost poparcia. Mamy jednak również do czynienia z ogromną konsolidacją sił naszych przeciwników, którzy z kolei uzyskali poparcie całej warstwy panującej, w tym medialne, a przecież dzisiaj to media kształtują w dużej mierze obraz rzeczywistości. Liczby, konkretne fakty mówią jednak swoje - za naszych rządów w Polsce odnotowano wzrost prawie wszystkich czynników. Okres ten jednak przedstawiono Polakom jako najgorszy po 1989 roku. Idziemy pod górę, cały czas z ogromnymi obciążeniami, a nasi przeciwnicy zjeżdżają z tej góry na rowerze...
Niesprzyjające otoczenie medialne, czy nawet szerzej - pozapolityczne, nie zwalnia z odpowiedzialności za zdefiniowanie skutecznej strategii, jeśli oczywiście PiS ma zamiar dalej istnieć.
- Strategia Prawa i Sprawiedliwości to jest jednak rzecz partyjnie dość "intymna"... "Intymna"? Pan musi przekonać wyborców, że ma dla nich atrakcyjną ofertę i jest szefem partii zdolnej do zdobycia i utrzymania władzy, a nie mówić: "nie pytajcie, bo to rzecz intymna".
- Otóż jeśli chodzi o wybory samorządowe, to Prawo i Sprawiedliwość ma jako jedyna partia program, który zmierza faktycznie do tego, aby w samorządach coś się zmieniło, poza tym bardzo pozytywnie oceniony przez specjalistów. Został on przygotowany przez naukowców. Ludzie, którzy często nas krytykują, bardzo chwalą ten program. To jest nasza strategia. Jeżdżę po całej Polsce i przedstawiam jego założenia. Jednak operacja mająca na celu obniżenie za wszelką cenę naszego wyniku jest prowadzona po raz kolejny. Tak było w roku 2006, kiedy była przeprowadzona akcja z panią Renatą Beger, nie będę teraz wchodził w szczegóły, ale niektóre z osób, które dziś tworzą Stowarzyszenie "Polska jest najważniejsza", miały w tym udział... Kogo ma Pan na myśli, Panie Prezesie? - Nie będę tego teraz precyzował... Chodzi mi o dwóch bardzo znanych dziś polityków, którzy byli jednymi z najbardziej zaciekłych, aby tę rozmowę z panią Beger przeprowadzić. Polityka jest dziedziną niesamowicie skomplikowaną i nie za każdy grzech trzeba od razu karać najgorszą karą. Tyle na temat tamtej sprawy. Wracając do głównego tematu - strategii - my mamy naprawdę bardzo wiele do zaprezentowania. Mam tu na myśli bardzo dobre pomysły - i nie jest to nasza ocena - takie jak Akademia Samorządności. Mamy jednocześnie po raz kolejny w trakcie kampanii operację, co nas bardzo boli, z udziałem ludzi, którzy wiele tej partii zawdzięczają. Powiem wprost: ogromną zmianę losu na lepsze. Bolesne, ale cóż... trzeba to przyjąć. To, co jest krzepiące, to fakt, że mamy już długą listę osób, które w wyborach parlamentarnych zajmą miejsca pozwalniane dzisiaj. Oczywiście, dobry program to krzepiąca perspektywa. Ale na decyzje wyborców, tych niezdecydowanych, wpływa nie tyle oferta programowa, ile emocje, które się wyzwala w trakcie kampanii, wizerunek. A PiS ma z tym wyraźny problem.
- To jest prawda, ale my zmierzamy w naszym programie do tego, aby to się zmieniło. Polityka wizerunkowa prowadzi do tego, że wielka część naszych narodowych sił jest marnowana m.in. na poziomie samorządowym. My musimy zrobić wszystko, aby nie znaleźć się w sytuacji, kiedy będziemy krajem ubogim, nie na poziomie europejskim, jak jest obecnie, ale na poziomie Ameryki Południowej. Polityką wizerunkową tego nie uczynimy. Od tego rodzaju uprawiania polityki należy po prostu odejść. Mamy mniej pieniędzy niż nasi przeciwnicy, więc garnitury będziemy mieli pewnie trochę gorsze... A co będzie w tym lepszym pakiecie? Jakimi środkami chcą Państwo zdobyć poparcie, które pozwoli wrócić do władzy?
- Będziemy na pewno rozszerzać zakres widocznego poparcia dla nas. To ma związek z polityką wizerunkową. Podział polityczny w Polsce nie przebiega według linii poglądów, ale wzdłuż specyficznie pojętej linii kulturowej. Obecnie istnieje taki paradygmat "obciach - cool", "ci w moherach i ci lepsi". Realia są dużo bardziej skomplikowane. Jeśli chodzi o poparcie grup z mocnymi korzeniami patriotycznymi, czy szerzej - kulturowymi, na pewno z PO nie przegrywamy. Jest odwrotnie. Elektorat Platformy jest w dużej części specyficznym wytworem PRL i transformacji. Ale tym łatwiej mu wmówić, że jest lepszy. On tego potrzebuje. My będziemy się starać konsolidować różne środowiska prawicowe. Znamienne jest to, że już stowarzyszenia o nazwie "Polska jest najważniejsza" istnieją i jeśli w Polsce jest egzekwowane jakieś prawo, to kolejne takie stowarzyszenie nie powstanie. My chcemy stworzyć szeroki front ze środowisk inteligenckich, prawicowych. Będziemy robili wszystko, aby udowodnić opinii publicznej, że ten obraz, w którym żyje, jest całkowicie oderwany od rzeczywistości. Problem w tym, że wyborca może nawet tego obrazu nie mieć okazji zobaczyć. TVN, a teraz i TVP pokażą jego karykaturę.
- Będziemy w związku z tym odwoływać się do mediów niezależnych. Mam tu na myśli również "Nasz Dziennik". Jestem świadomy, że jeśli chodzi o pozostałe media, będziemy się spotykali albo z jawną niechęcią wobec nas, albo z czymś, co jest może jeszcze bardziej niebezpieczne, czyli zupełnie oderwana od faktów krytyka ze strony tzw. prawicowych dziennikarzy, którzy wyrażają swoje zmienne nastroje. Bardzo często zdarza się tak, że mówią oni rzeczy kompletnie nieprawdziwe. Poza tym jest jeszcze druga kwestia. Otóż trzeba dotrzeć do każdej parafii, i mam tu na myśli pewne terytorium, które jest zazwyczaj mniejsze niż gmina, a nie parafię w sensie robienia polityki w Kościele. Gmina to za mało. Pokazuje to wynik, jaki uzyskaliśmy w wyborach uzupełniających w 2008 roku. Pojechała tam prawie setka naszych parlamentarzystów i dotarliśmy do każdej parafii. Wygraliśmy wtedy, bijąc przeciwników na głowę. Biorąc pod uwagę dobry wynik Marka Jurka, należy podkreślić, że prawica uzyskała tam naprawdę ogromne poparcie. To też jest pewna metoda. Jednak trzeba mieć cały czas tę świadomość, że będą i są osoby, które kierując się swoimi nastrojami, nie będą nam szczędziły bezpodstawnej i niemerytorycznej krytyki. Joanna Kluzik-Rostkowska uważa, że zamiast zajmować się merytorycznymi kwestiami, trwoni Pan siły i środki na pielęgnowanie "swoich obsesji".
- Na początku swojej działalności po 1989 roku zajmowałem się "swoimi frustracjami", ponieważ nie chciałem rządów jednego, wywodzącego się z kręgów komunistycznych, środowiska. Byłem przez to nazywany "frustratem". Moi koledzy byli "spoconymi facetami goniącymi za władzą". Zmagamy się od lat z wielkim problemem kampanii przeciwko nam, problemem mediów, przeciwników, którzy teoretycznie powinni być za nami, którzy dołączają do akcji "dokopywania nam". Przy pewnej determinacji partii można to przezwyciężyć i naprawdę bardzo dużo zdziałać. Konieczna jest mobilizacja całej partii. Mechanizm medialny można obejść odpowiednimi sposobami. Bardzo ważne jest również głoszenie optymistycznego programu. Chociażby w sferze wykształcenia. Jest coraz więcej wykształconych Polaków... ...to eufemizm, ilość nie idzie w parze z jakością...
- W okresie stanu wojennego jeździłem do miejscowości niedaleko Kampinosu, żeby ocenić służbę zdrowia. Tam spotykałem ludzi z wykształceniem zasadniczym, podstawowym i niepełnym podstawowym. Z osobami z ostatniej grupy ciężko było się porozumieć, za to z osobami z zasadniczym wykształceniem można było porozmawiać. Wspominam o tym, ponieważ skoro wówczas zawodówka coś dawała, to dzisiaj szkoły wyższe także w mniejszych ośrodkach też coś dają. To oczywiście nie jest Harvard ani Oksford. Jakość społeczeństwa jednak dzięki tym szkołom znacznie wzrasta. Wracając do metapolityki. Jak zdefiniowałby Pan dzisiaj główną oś sporu politycznego w Polsce?
- Po pierwsze, spór toczy się o wartości. Czy Polska ma się rozwijać według modelu bawarskiego, czyli postęp i tradycja, za którym my się opowiadamy, a który w gruncie rzeczy oznacza również prawdziwą tolerancję religijną, piękną cechę naszej tradycji, czy według modelu dokładnie odwrotnego reprezentowanego przez Platformę. Donald Tusk po deklaracji biskupów, którzy wprost sprzeciwiają się refundacji in vitro - co jest oczywiste, bo biskupi w tej sytuacji nic innego nie mogą powiedzieć - stwierdził, że to my tworzymy własną demokrację, a biskupi mogą mówić, co chcą. Spór drugi to spór o to, czy ma być realizowany model dyfuzyjno-polaryzacyjny, czyli mówiąc prościej, model metropolii, czy model zrównoważonego rozwoju. Pierwszy model oznacza koncentrację potencjału w głównych ośrodkach miejskich, one mają się szybko rozwijać, a potem ma następować dyfuzja, czyli poziom ma się wyrównywać. Problem w tym, że nie ma takiego miejsca na świecie, gdzie się to sprawdziło. Warszawa jest, owszem, bardzo zamożnym miastem. Ale tereny wokół stolicy nie odznaczają się już tak wysokim poziomem ekonomicznym.
My opowiadamy się za wizją zrównoważonego rozwoju, czyli koncentracji m.in. środków unijnych w pierwszej kolejności w miejscach, gdzie jest najbardziej ubogo, bo tam właśnie jest szansa na szybszy rozwój. Kiedy odeszliśmy od władzy, mnóstwo decyzji zatwierdzonych już przez Brukselę wycofano. Bogactwo Warszawy nie przenosi się na bogactwo całego regionu. Trzecia część sporu to sprawa międzynarodowego statusu Polski. Uważamy, że polskie sprawy trzeba licytować do góry. Oznacza to, że należy zapewnić Polsce wysoki poziom bezpieczeństwa, chodzi nie tylko o zabezpieczenie militarne. Należy też pilnować sojuszów realnych i mam tu na myśli Stany Zjednoczone.

Stany to kapryśny sojusznik, sam Pan napisał w liście otwartym do Donalda Tuska, że przesuwają środek ciężkości z Europy na Daleki Wschód.

- To prawda, że można mieć takie wrażenie, ale pierwsze czterolecie Clintona również tak wyglądało. To się dopiero potem zmieniało. Za rządów Baracka Obamy też się jeszcze wiele może zmienić. Chociażby wizyta Hillary Clinton w Gruzji i zapewnienie, że Gruzja wejdzie do NATO. Warto wspomnieć też zupełnie zignorowaną przez polskie władze wizytę Jamesa Steinberga, podsekretarza stanu USA w Polsce. Nie wiemy, kto będzie po Obamie. Patrzę na to pozytywnie i z nadzieją. Przy obecnej postawie polskiego rządu nie jest to na razie realne, bo Polska musi zdecydowanie chcieć walczyć o swoje bezpieczeństwo i o jego gwarancje. Ta postawa musi się zmienić.

Nic tego nie zapowiada, wręcz przeciwnie, mamy fiasko projektu tarczy antyrakietowej, sztandarowego projektu Pana rządu.

- To jest ten zły okres. Wierzę w to, że nadejdzie lepszy czas, i tutaj bardzo dużo zależy od rządu. My mówimy: bezpieczeństwo, my naciskamy na to, aby z Polską w UE się liczono. Już kiedyś, jeszcze mojemu śp. Bratu, w 2007 roku, udało się jedną nogą wejść do "salonu", gdzie zapadają decyzje. Jest spór w tej materii, bo my chcemy, nawet za cenę prób ośmieszenia, walczyć o podmiotowość Polski. Jest cały szereg kwestii, które tworzą linię sporu politycznego w Polsce. Mówię tu o polityce historycznej. Rząd prowadzi politykę abdykacyjną, która jest bardzo niebezpieczna, chociażby w kontekście sprawy Eriki Steinbach. Poza tym polityka oświatowa, która wiąże się ze sporem o wartości. Sceptyczny jest nasz stosunek do sztucznie podtrzymywanego systemu autorytetu. Jesteśmy za polityką prorodzinną, a obecny rząd robi teraz wszystko, aby to, co nam się udało wprowadzić, wycofać. Jest naprawdę szereg kwestii spornych, różnic merytorycznych, a nieustannie wmawia się nam, że jest to tylko różnica stylu, formy. To wmawianie jest w interesie establishmentu, któremu zależy na utrzymaniu postkomunistycznego systemu w Polsce. My zdecydowanie sprzeciwiamy się obecnemu status quo i to jest najgłębsza istota sporu politycznego w naszym kraju.

To jednak dosyć naskórkowa diagnoza. Nie uważa Pan, że ten dychotomiczny podział: PO - PiS, stał się swego rodzaju pułapką dla Prawa i Sprawiedliwości?

- Z naszego punktu widzenia w takim podziale najłatwiej byłoby wygrać. Poza tym uważamy, że program Prawa i Sprawiedliwości jest dobry dla Polski, a postkomunizm jest dla Polski destrukcyjny. Ten system jest zły i trzeba go zmienić. Proces tej zmiany nie byłby łatwy, ale jest konieczny. Były dwa podejścia - Jana Olszewskiego i nasze - obydwa, niestety, się nie powiodły. Jedno trwało tylko pół roku, a drugie niewiele dłużej - 2 lata. To zdecydowanie za krótko, by dokonać istotnych i trwałych zmian w wielu obszarach. Choć, mimo krótkiego czasu i zmasowanego ataku z wielu stron, odnieśliśmy spore sukcesy. Wystarczy tylko wspomnieć stworzenie 1,3 mln nowych miejsc pracy, wzrost inwestycji zagranicznych, wzrost o 30 proc. konsumpcji, obniżenie podatków, realną walkę z korupcją, wzrost bezpieczeństwa. Można dodać politykę zagraniczną, prowadzoną zgodnie z naszymi interesami, której przykładem było poparcie, jakiego UE udzieliła nam w sporze z Rosją o handel mięsem. Skutecznie to poparcie wywalczyliśmy i egzekwowaliśmy. To tylko kilka przykładów naszych sukcesów.

Sęk w tym, że w takim rozdaniu, nawet przy scenariuszu, że Prawo i Sprawiedliwość wygrywa wybory, to jednak nie ma z kim stworzyć koalicji, bo po 10 kwietnia chyba nie jest już Pan w stanie wejść w koalicję z Donaldem Tuskiem?

- Koalicja z Donaldem Tuskiem w ogóle nie wchodzi w grę. Zresztą zawsze była mitem.

Ale to jest realny problem. Chyba że PiS zakłada bycie w wiecznej opozycji? Może trzeba zrobić tak jak Victor Orban na Węgrzech, czyli pozwolić wyrosnąć partii prawicowej, która byłaby dobrym koalicjantem, towarzyszem w boju, zamiast traktować się jak dwa gatunki zwierząt walczące na tym samym terytorium?

- Jesteśmy partią prawicową i nie widzę potrzeby, aby powoływać kolejne byty polityczne po prawej stronie. Nawet jeśli takie obecnie są, to są one małe i kompletnie nieracjonalne.

Porozumienie Centrum też kiedyś było małą partią...

- PC było rzeczywiście małą partią, ale na początku lat 90. miało wpływ na polską politykę. Wykazaliśmy pewną skuteczność. Mając dziewięć procent, mieliśmy premiera. Jestem dumny z tamtych czasów. Nie poparliśmy wówczas Wałęsy i okazało się, że mieliśmy rację. Porównywanie nas z tymi niszowymi środowiskami, które są na prawicy, obecnie jest bez sensu, bo my zawsze mieliśmy dużo więcej do powiedzenia. Jedyną osobą, z którą jest możliwa rozmowa, jest Marek Jurek, ale cóż ja mogę zrobić w obliczu jego decyzji? Marek Jurek po prostu nie chce. Ma jakieś własne cele, plany polityczne. Ja już podejmowałem próby rozmów z nim. Przypomnę tylko, że ja go nie wyrzuciłem, on sam odszedł z partii.

To znaczy, że prawicowi wyborcy będą skazani na okres wielkiej smuty pod rządami Platformy, bo nikt nie widzi potrzeby pozbierania środowisk rozproszonych po różnego rodzaju niszach?

- Pod warunkiem że one też tego będą chciały. Muszą zaakceptować nasz program. Są takie koncepcje na prawicy marginalnej, których my nigdy nie zaakceptujemy. Poza tym zależy nam, jak już mówiłem, aby wykorzystać ten ruch, który powstał w wyborach prezydenckich. To jest ogromny potencjał - środowiska prawicowej inteligencji, które powinny się zaangażować. Namawiam je na to.

Z jakim skutkiem?

- Wydaje mi się, że ta odpowiedź jest coraz bardziej pozytywna.

Myśli Pan realnie o tym, żeby wrócić do władzy?

- Oczywiście, że myślę o tym, ale jest we mnie z wiekiem coraz więcej cierpliwości. Rzeczywistość w Polsce jest tak zmienna, dynamiczna, że jeszcze wiele może się zdarzyć. Nie wiem, jaka będzie przyszłość. Nie ma sensu podejmować jakichś gwałtownych działań. Należy teraz przede wszystkim stworzyć system ominięcia tej potężnej blokady medialnej, ukazywania tego, co robimy, i w ten sposób dotrzeć do ludzi z naszym programem. Środowe występy nowego stowarzyszenia przyćmiły kwestię rozliczenia trzech lat rządów Tuska złych dla Polski. Ta konferencja wpisała się w mechanizm, o którym cały czas mówię. Owszem, w społeczeństwie nie jest najlepiej ze świadomością tego, co się dzieje, z właściwym odbieraniem rzeczywistości, ale są takie momenty, okresy wzmożenia moralnego, jakich kilkukrotnie doświadczyliśmy w naszej historii, które zmieniają bardzo wiele i są źródłem nagłego przebudzenia...

Jak 10 kwietnia?

- Tak. To było ostatnie takie wzmożenie świadomości. Pretensje do obozu, który teraz tworzy nowe stowarzyszenie, można mieć o to, że tego ogromnego potencjału nie wykorzystał. W kampanii ten potencjał, niestety, nie został wykorzystany. Pozytywne emocje, które wówczas się ujawniły, choćby w rekordowej liczbie zebranych podpisów pod moją kandydaturą zostały w znacznej mierze zaprzepaszczone. Przypomnę, że do PKW zanieśliśmy 1,7 mln podpisów, a wszystkich było zebranych prawie 2 miliony. Żałuję, że sztab nie był w stanie wykorzystać tej społecznej dynamiki.

Za Pana absolutną wiedzą i zgodą jednak...

- Nigdy się nie uchylam od odpowiedzialności za to, co robiłem albo na co się godziłem, ale przeżywałem wtedy niezwykle ciężkie chwile osobiste. Na pewno postępowałbym inaczej, gdyby ta tragedia się nie wydarzyła, gdybym nie przeżywał osobistych dramatów, gdyby wybory odbywały się z jakichś innych powodów, gdyby mój Brat żył... Zapewniam Panie, że wiele decyzji byłoby innych. Poza tym ja wtedy pracowałem od rana do późnej nocy, setki wyjazdów, spotkań, wystąpień. Od pewnych prac jest sztab wyborczy. W kampaniach wyborczych kandydat na prezydenta nie zajmuje się wszystkim, co dzieje się w kampanii. To byłoby niewykonalne.

Być może nie uda się już wykorzystać tej fali, ona wyraźnie opada.

- Pewne szanse już zostały zmarnowane i ja mam tego świadomość, ale trzeba na czymś budować nadzieję. Z jednej strony można ją budować na pracy - na przekonaniu, że ciężka praca może wiele zmienić. Z drugiej strony może fundamentem, na którym będzie można tworzyć nową jakość życia w Polsce, będzie prawda o tragedii smoleńskiej. Być może to spowoduje szok społeczny. Zwróćmy uwagę na to, że wręcz panikę wywołuje w obozie rządzącym i niektórych mediach samo wspomnienie o katastrofie. Ostatnio trzech parlamentarzystów naszej partii rozmawiało z ministrem spraw zagranicznych Tajwanu po angielsku i przysłuchiwało się tej rozmowie dwóch posłów PO, którzy nie znali języka. Nagle usłyszeli słowa "konwencja chicagowska", które były użyte w zupełnie innym kontekście, zrobili awanturę, wpadli nieomal w histerię. Nie wiem, jaka będzie reakcja na prawdę o Smoleńsku, ale z pewnością zapadnie ona w społeczną świadomość i będzie ją przekształcać. Ta prawda, dotarcie do niej, to nasz obowiązek wobec Poległych, wobec Polski, to sprawa naszego honoru.

Szykuje Pan juntę, rewolucję? To odnośnie do comiesięcznych Pana wystąpień przed Pałacem Prezydenckim.

- 10 dnia każdego miesiąca najpierw jest Msza św., potem procesyjnie, w asyście kapłanów, idziemy, odmawiając cały Różaniec, a następnie śpiewamy "Anioł Pański". Następnie mówię kilka słów, owszem, często krytycznych wobec tego rządu. Słowa o rzekomej rewolucji świadczą tylko o tym, że obecny obóz panicznie boi się prawdy o Smoleńsku. Konflikt rysuje się najbardziej właśnie w tej kwestii. Dzisiaj słowo radykał oznacza kogoś, kto zajmuje się katastrofą i losami śledztwa. Politycznie i moralnie za tragedię odpowiada rząd Tuska, nie jestem sędzią, nie mówię o odpowiedzialności prawnej. Mówienie o tym, że ze śledztwem dzieje się coś złego, że piloci byli źle naprowadzani, że stenogramy mówią o tym jasno, oznacza oszołomstwo. Ale wmawianie opinii publicznej, że to błąd pilotów, że prezydent był pijany, jest w porządku. To są standardy obecnej władzy. Dlatego musimy jak najszerzej docierać do społeczeństwa i odkłamywać obraz przez nią prezentowany.



 Dziękujemy za rozmowę.


Podziel się
oceń
8
4

komentarze (23) | dodaj komentarz

MUSIMY BRONIĆ KRZYŻA !!

niedziela, 08 sierpnia 2010 21:23



Nie zdejmę Krzyża z mojej ściany

1. Nie zdejmę Krzyża z mojej ściany
Za żadne skarby świata,
Bo na nim Jezus ukochany
Grzeszników z niebem brata.


Ref.: Nie zdejmę Krzyża z mego serca,
Choćby mi umrzeć trzeba,
Choćby mi groził kat, morderca,
Bo Krzyż to klucz do nieba.


2. Nie zdejmę Krzyża z mojej duszy,
Nie wyrwę go z sumienia,
Bo Krzyż szatana wniwecz kruszy,
Bo Krzyż to znak zbawienia.


Ref.: A gdy zobaczę w poniewierce
Jezusa Krzyż i ranę,
Która otwiera Jego Serce,
W obronie Krzyża stanę.

Podziel się
oceń
7
2

komentarze (22) | dodaj komentarz

Zerwane dystynkcje

sobota, 07 sierpnia 2010 15:04
Stan, w jakim zachowała się odzież niektórych ofiar smoleńskiej katastrofy, diametralnie odbiega od zakresu obrażeń, jakich doznali jej właściciele. Okazuje się, że m.in. niektóre mundury przetrwały wypadek, podczas gdy ciała osób, które powinny mieć je na sobie, zostały mocno uszkodzone. Do tego stopnia, że ich identyfikacja była bardzo utrudniona. Wciąż też nie wiadomo, co stało się z kamizelkami kuloodpornymi oficerów BOR, które miały być przedmiotem badań polskich prokuratorów.

Jak wynika z relacji rodzin ofiar smoleńskiej katastrofy, mundury niektórych tragicznie zmarłych pasażerów Tu-154M przetrwały wypadek w dobrym stanie, podczas gdy ciała osób, które powinny je mieć na sobie, zostały bardzo poważnie uszkodzone. Sprawę będzie szczegółowo badał Parlamentarny Zespół do spraw Wyjaśnienia Katastrofy Smoleńskiej, który wstępnie przyjął, iż o stanie ciał ofiar decydowało miejsce, jakie zajmowały w samolocie w chwili katastrofy. Z pierwszych spostrzeżeń zespołu wynika, że najlepiej zachowały się ciała osób, które zajmowały miejsca w saloniku prezydenckim oraz dwóch kolejnych. Największe obrażenia zaś odnieśli pasażerowie siedzący w części ogonowej samolotu. - Wydaje się, ale to wstępna hipoteza, że było to związane z miejscem siedzenia, że najlepiej zachowały się ciała z salonki prezydenta RP oraz dwóch następnych - ocenił poseł Antoni Macierewicz, szef zespołu. Pozyskane dotąd relacje rodzin ofiar katastrofy budzą pewne wątpliwości. - Zaskakujące jest to, że jest szereg przypadków, w których ciała się nie zachowały albo zachowały się w bardzo złym stanie, tak że nie można było zidentyfikować żadnej części ciała, a ubrania zachowały się w dobrym stanie - ocenił poseł. Jak podkreślił, ta sprawa znajduje się w obszarze zainteresowania zespołu, który chce zebrać komplet informacji na ten temat. Wówczas niewykluczone jest wystąpienie zespołu do odpowiednich organów. - Nie chcę, byśmy na podstawie dwóch czy trzech wypadków formułowali dalej idącą tezę. Kiedy zdobędziemy więcej informacji na ten temat, wystąpimy do odpowiednich służb, przede wszystkim do Żandarmerii Wojskowej, do prokuratury z prośbą o potwierdzenie naszych obserwacji lub ich zakwestionowanie - dodał poseł.
Tymczasem w środowisku rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej słychać głosy, że niektóre mundury powróciły z oderwanymi pagonami. Czy wynikało to ze zniszczeń związanych z katastrofą czy też dystynkcje zostały celowo pozrywane? Oficjalnie nikt nie chciał komentować tej informacji. Do tej pory nie odzyskaliśmy też kamizelek kuloodpornych funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu. O udzielenie informacji - także w tej sprawie - zwróciliśmy się zarówno do Żandarmerii Wojskowej, jak i Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Czekamy na odpowiedź.
Marcin Austyn
Podziel się
oceń
4
2

komentarze (19) | dodaj komentarz

Czy prezydent elekt weźmie odpowiedzialność za dramatyczne wydarzenia, które rozegrały się wczoraj przed Pałacem Prezydenckim?

środa, 04 sierpnia 2010 18:22



Komorowski eskaluje konflikt

Smutny finał akcji zainicjowanej przez Bronisława Komorowskiego, który 10 lipca na łamach "Gazety Wyborczej" dał hasło do błyskawicznej rozprawy z harcerskim krzyżem pod Pałacem Prezydenckim. Krzyż wprawdzie pozostał na swoim miejscu, ale konfrontacja tysięcy zdeterminowanych do trwania pod nim ludzi z setkami funkcjonariuszy warszawskiej straży miejskiej, policji i Biura Ochrony Rządu to osobista "zasługa" prezydenta elekta. Zszokowani zajściem, skalą reakcji ludzi na próbę siłowego przeniesienia najważniejszego symbolu chrześcijaństwa upamiętniającego ofiary katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, byli zarówno księża, jak i harcerze. Część młodziutkich druhen płakała. Rażąco kontrastowało z tym zachowanie roześmianego Jacka Michałowskiego, szefa prezydenckiej kancelarii.

Krzyż przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie pozostał wczoraj na swoim miejscu. Zdecydowany protest w obronie wzniesionego przez harcerzy symbolu, upamiętniającego ofiary katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, uniemożliwił zaplanowane wcześniej jego usunięcie i przeniesienie do kościoła św. Anny.
Bezpośrednią przyczyną rezygnacji z usunięcia krzyża był zdecydowany protest wielu tysięcy osób. Ludzie, którzy modlili się przed krzyżem od 10 kwietnia, czyli od dnia katastrofy rządowego samolotu pod Smoleńskiem, zaczęli gromadzić się przed Pałacem Prezydenckim od wczesnych godzin rannych. Zajmowali miejsca poza ustawionymi wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia barierkami i kordonem funkcjonariuszy straży miejskiej. Ludzie przychodzili z własnymi krzyżami, kwiatami, flagami narodowymi i transparentami. Bezpośrednio przy samym krzyżu ustawionym przez harcerzy pozostało ok. 20 osób, które spędziły tam noc na czuwaniu. Tę grupkę oddzielał od krzyża kordon umundurowanych funkcjonariuszy policji, straży miejskiej i Biura Ochrony Rządu.
Ludzi przybywało dosłownie z minuty na minutę. Tłum wokół Pałacu Prezydenckiego gęstniał z godziny na godzinę. Tuż przed godz. 13.00 przestrzeń naprzeciw pałacowego dziedzińca wypełniona była nadzwyczaj szczelnie. "Tu jest Polska, a nie Moskwa", "Judasze", "Czerwona mafia", "Hańba" - skandowali zgromadzeni pod adresem przygotowujących się do demontażu krzyża służb. W pewnej chwili napór na barierki był tak silny, że ustawionym wzdłuż nich funkcjonariuszom straży miejskiej z trudem udało się opanować sytuację. Użyli gazu łzawiącego.
Harcerze, którzy przybyli nieco wcześniej na miejsce, przynieśli wydrukowane programy mającej odbyć się uroczystości, zawierające również śpiewy i modlitwy. Na rozdanie ich zgromadzonym przed Pałacem jednak się nie zdecydowali.
Gdy o godz. 13.00, poprzedzani przez pięciu księży, na miejsce dotarli harcerze, którzy zgodnie z planem mieli przenieść procesyjnie krzyż do kościoła św. Anny, wokół rozległy się gwizdy. Protestujący najbliżej krzyża podjęli rozmowę z księżmi. Do protestujących nie odważył się wyjść szef Kancelarii Prezydenta RP Jacek Michałowski, który w szczelnym kordonie funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu i policji obserwował tylko sytuację spoza jednego z kamiennych lwów "strzegących" Pałacu Prezydenckiego.
Po kilkunastu minutach oczekiwania skonsternowani sytuacją kapłani nie zdecydowali się na rozpoczęcie procesji. O godz. 13.35 zapadła decyzja, że krzyż pozostanie na miejscu.
- Zależy nam jedynie na tym, by jako symbol pamięci ten krzyż pozostawić do czasu wyjaśnienia przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem - podkreśla jedna z protestujących kobiet. - Chcemy pokojowego rozwiązania. Jeśli otrzymamy gwarancję na piśmie, że w tym miejscu zostaną godnie upamiętnione ofiary katastrofy smoleńskiej, odstąpimy - stwierdził inny z uczestników protestu.
Zgodnie z planem o godz. 13.30 w kościele św. Anny, do którego miał być przeniesiony krzyż, rozpoczęła się Msza Święta. W homilii ks. prałat Henryk Małecki zwrócił uwagę, że ludzie, którzy chcą, aby krzyż pozostał przed Pałacem Prezydenckim, "mają prawo do wyrażania swoich emocji". Wskazał, że często są oni niesprawiedliwie przedstawiani w mediach, "w sposób schematyczny, jako fanatycy", podczas gdy po prostu pragną, "by ta tragedia została wyjaśniona i by to wszystko się nie zabliźniło".
Ksiądz prałat Małecki podkreślił, że to nie Kościół wyszedł z inicjatywą przeniesienia krzyża. - Zgoda Kościoła była odpowiedzią na decyzję władz - powiedział. - Proszę na Kościół nie zwalać czegoś, co nie jest z winy Kościoła. Kościół nie nawarzył tego piwa - dodał.
Tymczasem główni odpowiedzialni za sytuację próbują "umywać ręce". Szef prezydenckiej kancelarii Jacek Michałowski powiedział dziennikarzom, że nie jest odpowiednią osobą do podejmowania decyzji w sprawie dalszych losów krzyża. - W sprawach krzyża decyduje Kościół - usiłował przekonywać Michałowski, jakby zapominając, że to jego szef dał sygnał do rozprawy z krzyżem i to nie Kościół jest gospodarzem miejsca, na którym on stoi.
Drewniany krzyż ustawili przed Pałacem Prezydenckim harcerze tuż po katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem, w której zginął m.in. prezydent RP Lech Kaczyński z małżonką. Decyzja o jego przeniesieniu miała być efektem ustaleń między przedstawicielami Kancelarii Prezydenta, Kurii Metropolitalnej Warszawskiej, Związku Harcerstwa Polskiego, Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej oraz duszpasterstwa akademickiego św. Anny.
Do dziś nie ma jasności, na jaką formę upamiętnienia ofiar tragedii w drodze do Katynia zdecyduje się obecny gospodarz Pałacu Prezydenckiego przy Krakowskim Przedmieściu.
Sebastian Karczewski


Podziel się
oceń
0
2

komentarze (10) | dodaj komentarz

Przez trzy miesiące byliśmy oszukiwani

poniedziałek, 02 sierpnia 2010 15:09
Z Zuzanną Kurtyką, wdową po Januszu Kurtyce, prezesie Instytutu Pamięci Narodowej, który zginął w katastrofie rządowego samolotu pod Smoleńskiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czy po spotkaniu z prokuratorami Pani wiedza na temat śledztwa jest bogatsza?
- Absolutnie nie. Nie dowiedziałam się niczego, czego mogłabym nie wiedzieć, bądź co już wcześniej nie byłoby nagłaśniane przez media. Tym, co było dla mnie nowe, a co być może nie wnosi niczego nowego do śledztwa, ale pokazuje, w jaki sposób jest ono prowadzone, była informacja o tym, że polscy patomorfolodzy nie uczestniczyli w sekcjach zwłok ofiar katastrofy. Okazuje się, że kiedy przylecieli oni do Moskwy, było już po sekcjach. Tak więc w czasie sekcji nie było ani polskich patomorfologów, ani też prokuratorów, co dla mnie osobiście jest bardzo przygnębiające. To także dowód, że przez trzy miesiące byliśmy okłamywani, zresztą jak i cała polska opinia publiczna, iż sekcje odbywały się z udziałem naszych patomorfologów. Nie wiem jednak, czemu to miało służyć.

Skoro to spotkanie nie wniosło niczego nowego, to jaki był sens jego organizacji?
- Sama zadaję sobie to pytanie... Być może prokuratura miała nadzieję, że spotkania i mówienie o niczym wystarczy rodzinom ofiar i być może będziemy milczeć, zadowoleni z faktu, iż zrobi się nam łaskę, organizując takie spotkanie. Innego sensu tego wydarzenia, poza wspomnianym, naprawdę nie widzę.

Naczelny prokurator wojskowy płk Krzysztof Parulski chce, żeby za kilka miesięcy zorganizować kolejne spotkanie z rodzinami ofiar, po to, aby przekazywać im sukcesywnie ustalenia w śledztwie. Wyraził opinię, że osoby dotknięte tragedią są "naturalnymi sprzymierzeńcami prokuratorów".
- Będziemy sprzymierzeńcami, jeżeli będziemy widzieć, że prokuratura coś robi. Być może wielu prokuratorów ma związane ręce w wyniku umowy polsko-rosyjskiej na szczeblu rządowym i wiele spraw toczy się poza nimi. Natomiast fakt pozostaje faktem, że oni ze swojej strony się nie wychylają, co sprawia wrażenie, że taka sytuacja jest im na rękę. Tymczasem w ramach wniosku o pomoc prawną można było wysłać do Moskwy polskich prokuratorów, czego nawet nie próbowano robić. Ze spotkania wynika, że działania polskiej prokuratury polegają jedynie na wysyłaniu wniosków o pomoc prawną, i według nich sprawa jest już załatwiona. Czekają więc z założonymi rękami na realizację wniosków, które wysłali np. trzy miesiące temu. Według nich, jest to w porządku. Mają oni, jak powiedział to prokurator Parulski, głęboką wiarę w to, że Rosja pozytywnie odpowie na te wnioski. Jeżeli będziemy budować nasze śledztwo jedynie w oparciu o głęboką wiarę i tylko w oparciu o wiarę będziemy czekać rok, dwa, trzy na reakcję strony rosyjskiej, to nie brzmi to optymistycznie, zwłaszcza dla rodzin ofiar.

Jednak niektóre rodziny uważają brak pośpiechu w śledztwie za zaletę...
- Nikt tu nie mówi o pośpiechu, zresztą w tej sytuacji w ogóle trudno o tym mówić, natomiast dobrze byłoby wykazywać się jakąkolwiek aktywnością i osiągnięciami, których mimo upływu czasu wciąż nie widać. Na przykład okazuje się, że prokuratura do tej pory nie ma analizy filmu przemyconego z Rosji do Polski przez pana Wiśniewskiego, który oddał prokuratorom materiał zaraz po 10 kwietnia. Tymczasem do chwili obecnej nic na temat analizy tego filmu nie wiadomo.

Brakuje zabezpieczenia jednego z dowodów w śledztwie - wraku samolotu prezydenckiego
- Staranie po tytułem: wniosek o pomoc prawną, zostało wyartykułowane i tak to wygląda. Powtórzę zatem: starania polskiej prokuratury polegają na pisaniu kolejnych wniosków o pomoc prawną. Napisali ich już pięć, albo tylko pięć, wszystko zależy od tego, z jakiego punktu widzenia na to patrzymy. I nic z tego nie wynika. Mało tego, za chwilę może się okazać, że wicepremier Rosji, który powiedział, że Polska otrzymała już wszystko w sprawie śledztwa, mówił prawdę. Być może w ocenie Rosjan jest to już koniec realizacji naszych wniosków. Wtedy wielka wiara prokuratora Parulskiego niewiele będzie mogła nam już pomóc. Jako ostateczny środek pozostanie nam wówczas staranie się o status pokrzywdzonego w Rosji.
Może się okazać, że rodziny ofiar tragedii smoleńskiej będą zmuszone samodzielnie zabiegać o powoływanie biegłych w Rosji i wgląd do rosyjskich akt śledztwa. Powstaje jednak pytanie, kto znajdzie nam rosyjskich adwokatów, uwiarygodni ich i opłaci. Na to pytanie polscy prokuratorzy nie byli już w stanie odpowiedzieć, nie potrafili też nic powiedzieć na temat przepisów obowiązujących w Rosji, dotyczących statusu osoby pokrzywdzonej. Powiedziano nam jedynie, żeby w tej sprawie odwoływać się do naszych pełnomocników. Oni jednak z uwagi na to, że pracują w Polsce, nie mają żadnej wiedzy na temat prawa karnego obowiązującego w Federacji Rosyjskiej. W tym momencie słowa prokuratora Parulskiego, który mówi, że jest naszym sprzymierzeńcem, brzmią jak kpina.

Rząd nie poczuwa się do najmniejszej odpowiedzialności za katastrofę.
- Mogę mówić tylko za siebie i tych, którzy myślą tak jak ja. Uważam, że jest to jeden wielki skandal. Rządząca w imieniu Narodu partia obrała sobie za logo posła Palikota, który najnormalniej w świecie kpi sobie z tych, którzy zginęli pod Smoleńskiem, i z nas.

Jak ocenia Pani inicjatywę powołania parlamentarnego zespołu smoleńskiego?
- Jest to bardzo pozytywna inicjatywa. Wydaje mi się, że jest to jedyna w parlamencie grupa ludzi, którym zależy na dogłębnym wyjaśnieniu tej tragedii narodowej.

Ale sens istnienia tego zespołu jest mocno podważany chociażby w mainstreamowych mediach.
- Jeżeli mamy do czynienia z wydarzeniem historycznym, to nie można już tego zmienić, trzeba po prostu pogodzić się z faktami. Kiedy się na to patrzy z perspektywy, powstaje pytanie, skąd u ludzi, którym przyszło sprawować władzę, taka chęć do odegrania roli targowiczan we współczesnej historii Polski. Być może wynika to z nieznajomości historii i procesów historycznych, które potem trwają w świadomości Narodu przez wieki.

Dziękuję za rozmowę.


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (10) | dodaj komentarz

Pytania były konkretne, odpowiedzi nie

piątek, 30 lipca 2010 18:06



Z Andrzejem Melakiem, bratem Stefana Melaka, przewodniczącego Komitetu Katyńskiego, który zginął 10 kwietnia w drodze do Katynia, rozmawia Paulina Jarosińska


Jak ocenia Pan przebieg spotkania z prokuratorami?
- Mam wrażenie, że spotkanie miało głównie na celu uspokoić i jednocześnie wprowadzić w błąd opinię publiczną. Nic nowego nie zostało powiedziane. Przez dwie godziny panowie prokuratorzy wyjaśniali zawiłości śledztwa, tłumaczyli, dlaczego jest ono rosyjskie, a nie polskie. Padały terminy prawnicze, formułki, powoływano się na regulacje prawne, konwencję, wszystko jednak było bardzo niejasne w świetle całej sprawy. Czas był również ograniczony. To spotkanie miało trwać w założeniu dwie godziny. Czas na pytania rodzin i pełnomocników był przewidziany po przerwie. Zgodnie z tą zapowiedzią zaczęły się pytania, ale większość z nich nie doczekała się odpowiedzi. Usprawiedliwiano to albo tajemnicą śledztwa bądź tajemnicą służbową, albo tym, że nie została jeszcze udzielona odpowiedź w ramach pomocy prawnej ze strony prokuratury rosyjskiej. Padło więc pytanie o to, co polska prokuratura w ogóle zrobiła, a nie co zamierza zrobić. Okazało się, że prokurator Parulski był przy sekcji zwłok pana prezydenta Kaczyńskiego i był przy pierwszych oględzinach w miejscu katastrofy, ale żadna z jego sugestii nie została wykorzystana. Na pytanie, dlaczego sekcja zwłok nie była przeprowadzana przez polskich patomorfologów, odpowiedź brzmiała następująco: polscy specjaliści nie zdążyli, więc zostało to zlecone Rosjanom. Nie jest to prawda, ponieważ my byliśmy tam w niedzielę w nocy i w poniedziałek ciała nie były przygotowane do identyfikacji. Odnoszę wrażenie, że w tej relacji ktoś przekłamał fakty. Na pytania pełnomocników odpowiedzi były w podobnej formie. Wniosek jest taki, że nie możemy nic zrobić bez Rosjan. Jesteśmy uzależnieni od ich pomocy prawnej. Jestem bardzo rozczarowany tym spotkaniem, tak jak chyba większość zebranych na nim osób. Ono nie wniosło nic nowego do sprawy. Miało zatrzeć złe wrażenie o komunikacji prokuratury z rodzinami i opinią publiczną.

Po spotkaniu od razu mówiło się o tym, że atmosfera była podgrzana.
- Atmosfera była napięta, ponieważ nie padały odpowiedzi na pytania zadawane przez rodziny. Mówiono naokoło, a nie poruszano meritum sprawy. Gdy zapytałem o godzinę katastrofy, to znaczy skąd to przekłamanie piętnastominutowe, to usłyszałem, że komisja musi to dopiero ustalić. Sprawa jest tajemnicza, a wczorajsze spotkanie nie rozwiało wokół niej wątpliwości.

Pani Magdalena Merta jeszcze przed spotkaniem wyraziła nadzieję, że prokuratura wreszcie zacznie widzieć w rodzinach ofiar sojuszników, a nie zło konieczne. Dostrzega Pan taką zmianę?
- Nie wydaje mi się, by taka realna zmiana nastąpiła. Muszę przyznać, że część rodzin była pozytywnie nastawiona do tego, co mówiła prokuratura, czy wręcz zaskoczona jej otwartością. Ja nie widziałem żadnego związku przyczynowego w tym, co zostało powiedziane. To spotkanie w ogóle nie było tym, na co część rodzin liczyła.

Jeden z pełnomocników mówił w środę, że dostęp do akt jest jak na razie iluzoryczny.
- Prokuratura zapowiedziała, że ma się to zmienić. Na wnioski składane w czerwcu ma być już niedługo udzielona odpowiedź. W miarę możliwości będziemy mieli dostęp do tych materiałów zastrzeżonych. Mój sceptycyzm wobec informacji udzielanych przez prokuraturę nadal się nie zmienia.

Wyszedł Pan z tego spotkania z nowym kwantum wiedzy?
- Jeśli chodzi chociażby o ustalanie godziny katastrofy, nie padła odpowiedź na pytanie, dlaczego trwało to trzy tygodnie i dlaczego tak długo komisja musiała to ustalać. Inne okoliczności są cały czas badane w innych instytucjach i na razie nie ma dostępu do tych informacji.

O co pytały rodziny?
- Pytań było bardzo wiele, choćby o ekshumacje, jak również o sekcje zwłok. Jak mówiłem, okazało się, że Rosjanie zrobili sekcję zwłok na zlecenie polskiej prokuratury i te badania są dla polskiej strony wiarygodne. Jak powiedział prokurator, godzina wpisana w aktach zgonu jest prawdopodobna, ponieważ nie można ściśle określić czasu zgonu. Tutaj może być mowa o prawdopodobieństwie. Pytania były więc konkretne, ale odpowiedzi już nie. Na pytanie o to, na mocy jakiej umowy międzynarodowej prowadzone jest śledztwo, prokuratura odpowiedziała, że obowiązuje tylko i wyłącznie konwencja z 1959 roku, którą Polska ratyfikowała w latach 90. Jest to międzynarodowa umowa o pomocy prawnej w sprawach karnych.

Czy wiadomo już, kiedy dojdzie do kolejnego spotkania i czy liczy Pan na to, że będzie się ono różniło od tego środowego? W przybliżeniu mówiło się, że może to nastąpić za dwa albo trzy miesiące.
- Jeszcze nie wiadomo konkretnie, kiedy dojdzie do kolejnego spotkania. Trudno przewidzieć, co w tym czasie wypłynie w mediach, jaka informacja teraz się pojawi i czy rzuci ona nowe światło na sprawę. To, co mówi prokuratura, jest uzależnione od tego, co z różnych źródeł pojawi się w mediach. Prokuratura w środę była bardzo dobrze przygotowana na te wszystkie wątpliwe kwestie, które już wcześniej były dyskutowane albo krążyły w środkach masowego przekazu. Tutaj można przywołać choćby sprawę już wspomnianą, czyli sekcję zwłok i udział w niej polskich lekarzy. Prokuratura była przygotowana na zarzuty w sprawach już poruszanych i nic ponadto. Trzeba podkreślić, że miała czas, by się przygotować. Mogę powiedzieć wprost, że nie tego się spodziewałem i nie tylko ja tak to odbieram.

Dziękuję za rozmowę.Z Andrzejem Melakiem, bratem Stefana Melaka, przewodniczącego Komitetu Katyńskiego, który zginął 10 kwietnia w drodze do Katynia, rozmawia Paulina Jarosińska

Jak ocenia Pan przebieg spotkania z prokuratorami?
- Mam wrażenie, że spotkanie miało głównie na celu uspokoić i jednocześnie wprowadzić w błąd opinię publiczną. Nic nowego nie zostało powiedziane. Przez dwie godziny panowie prokuratorzy wyjaśniali zawiłości śledztwa, tłumaczyli, dlaczego jest ono rosyjskie, a nie polskie. Padały terminy prawnicze, formułki, powoływano się na regulacje prawne, konwencję, wszystko jednak było bardzo niejasne w świetle całej sprawy. Czas był również ograniczony. To spotkanie miało trwać w założeniu dwie godziny. Czas na pytania rodzin i pełnomocników był przewidziany po przerwie. Zgodnie z tą zapowiedzią zaczęły się pytania, ale większość z nich nie doczekała się odpowiedzi. Usprawiedliwiano to albo tajemnicą śledztwa bądź tajemnicą służbową, albo tym, że nie została jeszcze udzielona odpowiedź w ramach pomocy prawnej ze strony prokuratury rosyjskiej. Padło więc pytanie o to, co polska prokuratura w ogóle zrobiła, a nie co zamierza zrobić. Okazało się, że prokurator Parulski był przy sekcji zwłok pana prezydenta Kaczyńskiego i był przy pierwszych oględzinach w miejscu katastrofy, ale żadna z jego sugestii nie została wykorzystana. Na pytanie, dlaczego sekcja zwłok nie była przeprowadzana przez polskich patomorfologów, odpowiedź brzmiała następująco: polscy specjaliści nie zdążyli, więc zostało to zlecone Rosjanom. Nie jest to prawda, ponieważ my byliśmy tam w niedzielę w nocy i w poniedziałek ciała nie były przygotowane do identyfikacji. Odnoszę wrażenie, że w tej relacji ktoś przekłamał fakty. Na pytania pełnomocników odpowiedzi były w podobnej formie. Wniosek jest taki, że nie możemy nic zrobić bez Rosjan. Jesteśmy uzależnieni od ich pomocy prawnej. Jestem bardzo rozczarowany tym spotkaniem, tak jak chyba większość zebranych na nim osób. Ono nie wniosło nic nowego do sprawy. Miało zatrzeć złe wrażenie o komunikacji prokuratury z rodzinami i opinią publiczną.

Po spotkaniu od razu mówiło się o tym, że atmosfera była podgrzana.
- Atmosfera była napięta, ponieważ nie padały odpowiedzi na pytania zadawane przez rodziny. Mówiono naokoło, a nie poruszano meritum sprawy. Gdy zapytałem o godzinę katastrofy, to znaczy skąd to przekłamanie piętnastominutowe, to usłyszałem, że komisja musi to dopiero ustalić. Sprawa jest tajemnicza, a wczorajsze spotkanie nie rozwiało wokół niej wątpliwości.

Pani Magdalena Merta jeszcze przed spotkaniem wyraziła nadzieję, że prokuratura wreszcie zacznie widzieć w rodzinach ofiar sojuszników, a nie zło konieczne. Dostrzega Pan taką zmianę?
- Nie wydaje mi się, by taka realna zmiana nastąpiła. Muszę przyznać, że część rodzin była pozytywnie nastawiona do tego, co mówiła prokuratura, czy wręcz zaskoczona jej otwartością. Ja nie widziałem żadnego związku przyczynowego w tym, co zostało powiedziane. To spotkanie w ogóle nie było tym, na co część rodzin liczyła.

Jeden z pełnomocników mówił w środę, że dostęp do akt jest jak na razie iluzoryczny.
- Prokuratura zapowiedziała, że ma się to zmienić. Na wnioski składane w czerwcu ma być już niedługo udzielona odpowiedź. W miarę możliwości będziemy mieli dostęp do tych materiałów zastrzeżonych. Mój sceptycyzm wobec informacji udzielanych przez prokuraturę nadal się nie zmienia.

Wyszedł Pan z tego spotkania z nowym kwantum wiedzy?
- Jeśli chodzi chociażby o ustalanie godziny katastrofy, nie padła odpowiedź na pytanie, dlaczego trwało to trzy tygodnie i dlaczego tak długo komisja musiała to ustalać. Inne okoliczności są cały czas badane w innych instytucjach i na razie nie ma dostępu do tych informacji.

O co pytały rodziny?
- Pytań było bardzo wiele, choćby o ekshumacje, jak również o sekcje zwłok. Jak mówiłem, okazało się, że Rosjanie zrobili sekcję zwłok na zlecenie polskiej prokuratury i te badania są dla polskiej strony wiarygodne. Jak powiedział prokurator, godzina wpisana w aktach zgonu jest prawdopodobna, ponieważ nie można ściśle określić czasu zgonu. Tutaj może być mowa o prawdopodobieństwie. Pytania były więc konkretne, ale odpowiedzi już nie. Na pytanie o to, na mocy jakiej umowy międzynarodowej prowadzone jest śledztwo, prokuratura odpowiedziała, że obowiązuje tylko i wyłącznie konwencja z 1959 roku, którą Polska ratyfikowała w latach 90. Jest to międzynarodowa umowa o pomocy prawnej w sprawach karnych.

Czy wiadomo już, kiedy dojdzie do kolejnego spotkania i czy liczy Pan na to, że będzie się ono różniło od tego środowego? W przybliżeniu mówiło się, że może to nastąpić za dwa albo trzy miesiące.
- Jeszcze nie wiadomo konkretnie, kiedy dojdzie do kolejnego spotkania. Trudno przewidzieć, co w tym czasie wypłynie w mediach, jaka informacja teraz się pojawi i czy rzuci ona nowe światło na sprawę. To, co mówi prokuratura, jest uzależnione od tego, co z różnych źródeł pojawi się w mediach. Prokuratura w środę była bardzo dobrze przygotowana na te wszystkie wątpliwe kwestie, które już wcześniej były dyskutowane albo krążyły w środkach masowego przekazu. Tutaj można przywołać choćby sprawę już wspomnianą, czyli sekcję zwłok i udział w niej polskich lekarzy. Prokuratura była przygotowana na zarzuty w sprawach już poruszanych i nic ponadto. Trzeba podkreślić, że miała czas, by się przygotować. Mogę powiedzieć wprost, że nie tego się spodziewałem i nie tylko ja tak to odbieram.

Dziękuję za rozmowę.
Podziel się
oceń
0
1

komentarze (14) | dodaj komentarz

Dostrzegamy błędy, które popełniliśmy w kampanii

wtorek, 27 lipca 2010 12:51



Z Arturem Górskim, posłem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Paulina Jarosińska


Po ostatniej radzie politycznej Prawa i Sprawiedliwości media najwięcej uwagi poświęciły temu, że Joanna Kluzik-Rostkowska, kierująca kampanią wyborczą Jarosława Kaczyńskiego, nie objęła żadnego stanowiska we władzach partii...
- Na radzie politycznej powołaliśmy szkieletowy komitet. W jego skład weszły osoby, które były wcześniej we władzach partii lub klubu albo w Sejmie piastują ważne funkcje. Niewątpliwie większość z nich to osoby zaufane i doświadczone w działalności publicznej, w większości wcześniej związane z dawnym środowiskiem Porozumienia Centrum. Prezes powiedział, że swoje personalne propozycje konsultował z różnymi osobami, ale też brał pod uwagę duże zasługi i poświęcenie dla partii. W tym kontekście wskazał na eurodeputowanego Zbigniewa Ziobrę. Prezes Jarosław Kaczyński zapowiedział, iż skład władz zostanie uzupełniony po wyborach samorządowych, ponieważ wówczas będzie można ocenić, jak poszczególne osoby były w nie zaangażowane. Ale stwierdził też , że chce przeprowadzić konsultacje z różnymi środowiskami w partii, by we władzach znaleźli się nie tylko przedstawiciele wszystkich nurtów ideowych, ale także najważniejszych regionów kraju. Niewątpliwie dla wielu osób powołanie Beaty Szydło na stanowisko wiceprezesa było dużym zaskoczeniem. Ta nominacja świadczy o tym, że prezes Kaczyński nie chce opierać się tylko na politykach, ale także na technokratach, osobach o dużej wiedzy merytorycznej.

Jakie cele wyznaczyła rada członkom PiS?
- Przede wszystkim naszym zadaniem jest dobry wynik w wyborach samorządowych, bo od niego przecież w znacznej mierze będzie zależał wynik wyborów parlamentarnych. Prezes Kaczyński podkreślił, że PiS musi być szeroką formacją polityczną. Zapowiedział również, iż we wrześniu będzie sfinalizowany powrót do partii osób, które wyszły z klubu, a które obecnie tworzą Polskę Plus. Co ważne, wracają one do PiS bez szczególnych żądań i oczekiwań. Powrót synów marnotrawnych jest różnie odbierany przez członków PiS. Prezesowi zależy jednak na tym, by Prawo i Sprawiedliwość było taką formacją, która integruje różne środowiska prawicowe, która się nie zamyka na nikogo. Ważne jest także, by była zachowana równowaga wewnątrz partii i żaden nurt ideowy nie był nadmiernie eksponowany.

Rada zajęła się też oceną kampanii prezydenckiej...
- Jako partia dostrzegamy błędy, które popełniliśmy w trakcie kampanii wyborczej. Wiemy, że pochwała Edwarda Gierka przyniosła więcej szkód niż korzyści, mamy też świadomość, iż milczenie na temat tragedii smoleńskiej stłumiło ruch społeczny, który zaczął tworzyć się po tej katastrofie. Prezes Kaczyński podkreślał, że wyjaśnienie przyczyn tragedii smoleńskiej jest jego osobistym, moralnym zobowiązaniem wobec brata i pozostałych ofiar tragedii, ale także wobec Polaków. Ta kwestia na pewno będzie nas absorbowała w najwyższym stopniu, ale PiS nie stanie się partią "smoleńską". Będziemy mieli aktualny program na wybory samorządowe, a także na wybory parlamentarne.

W jakim kontekście należy odczytywać słowa Jarosława Kaczyńskiego o tym, że "nadchodzą ciężkie czasy"?
- Prezes nie rozwinął tej myśli, ale niewątpliwie będą one ciężkie ze względu na ciężką walkę, która nas czeka w wyborach samorządowych i parlamentarnych. Prawo i Sprawiedliwość musi wygrać wybory parlamentarne, bo jeżeli je przegramy, to sytuacja dla nas i dla Polski będzie bardzo trudna. Pamiętajmy, że dla Polski już przyszły ciężkie czasy, gdyż Platforma Obywatelska ma monopol władzy. Nie ma zaworu bezpieczeństwa w postaci weta prezydenckiego. Mamy nadzieję, iż te ciężkie czasy ustąpią z chwilą, gdy wygramy wybory. Bardzo istotne jest to, że prezes Kaczyński podkreślał, iż nie jest brana w przyszłości pod uwagę koalicja z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Bardzo mocno skrytykował tego typu głosy, które się wcześniej pojawiały.

Dziękuję za rozmowę.
Podziel się
oceń
0
1

komentarze (24) | dodaj komentarz

Smoleńsk: Dziewiętnaście minut po 8.41

poniedziałek, 26 lipca 2010 13:57
Co najmniej jedna z ofiar katastrofy smoleńskiej zmarła od 10 do 19 minut po zderzeniu tupolewa z ziemią. Tak przynajmniej wynika z formalnej rosyjskiej dokumentacji medycznej. W akcie zgonu co najmniej jednego z pasażerów, do którego dotarł "Nasz Dziennik", widnieje godzina 8.50-9.00 czasu polskiego

Ze stenogramu moskiewskiego MAK wynika, że katastrofa polskiego tupolewa na lotnisku Smoleńsk Siewiernyj, w której nikt nie przeżył, nastąpiła o 8.41 czasu polskiego. Odgłos zderzenia z masywem leśnym stenogram MAK określa na 8.40, cały zapis urywa się o 8.41.05,4. Z raportu komitetu wynika, że sekundę później nastąpiło rozerwanie kadłuba polskiego Tu-154M z 96 najważniejszymi osobami w państwie. Tymczasem w dokumentacji medycznej sporządzanej przez rosyjskich patomorfologów czas zgonu co najmniej jednej ofiary określony jest na godz. 8.50 do 9.00 czasu polskiego. Co działo się w tym czasie - przez 19 minut? Kłamie MAK czy rosyjscy lekarze sądowi? Ale jeśli godzina zgonu została określona prawidłowo, to znaczy, że pasażer przeżył zderzenie z ziemią i zmarł po 19 minutach, nie doczekawszy pomocy ratowników? Ewa Błasik, żona gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych RP, powiedziała w rozmowie z "Naszym Dziennikiem", że czas na zegarku jej męża zatrzymał się na godz. 8.38.
Anna Ambroziak
Podziel się
oceń
0
1

komentarze (12) | dodaj komentarz

„To kompromitujący stan rzeczy, który nie może dłużej trwać”

niedziela, 25 lipca 2010 21:45




Anna Ambroziak: Na początku zajmą się Państwo wynikami prac komisji Millera? To jednak dość dziwne, że właściwie nic nie wiemy o jej pracach, choć dysponuje tzw. polską czarną skrzynką.

Antoni Macierewicz: Będzie to jeden z pierwszych kroków, jakie podejmie zespół. Zwrócimy się do komisji o wszystkie informacje, materiały i oceny, jakie dotychczas zebrała. Jestem bardzo zdziwiony, iż o pracach tej komisji właściwie nic nie wiadomo. Tak samo jestem zdziwiony tym, że ze strony rządu nie ma żadnej reakcji na deklaracje wicepremiera i wiceprzewodniczącego komisji rosyjskiej Siergieja Iwanowa, który powiedział, że wszystkie materiały już przekazał i że strona polska więcej materiałów dotyczących katastrofy smoleńskiej już nie otrzyma. Do dziś nie możemy doczekać się reakcji pana premiera Tuska na to bezprecedensowe oświadczenie. Do dziś nie ma żadnej reakcji ministra spraw wewnętrznych i administracji Jerzego Millera, który stoi na czele Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Będziemy się tej reakcji domagali zarówno ze strony pana Millera, jak i ze strony pana Tuska. Komisja rosyjska de facto wyznacza kierunek działania państwa rosyjskiego w tej sprawie - nie jest to jeden z wielu organów zajmujących się tą problematyką, tak jak dzieje się to w Polsce, gdzie prokuratura działa niezależnie od komisji Millera. Niepokoi mnie to, że Rosjanie de facto wypowiadają porozumienie zobowiązujące ich do przekazywania wszystkich wiadomości. Wiemy (mówił o tym prokurator Seremet), że nie otrzymaliśmy nawet jednej piątej akt, a przewodniczący polskiej komisji milczy. To kompromitujący stan rzeczy, który nie może dłużej trwać.

A.A.: Zanim jeszcze zespół się zebrał, sformułowano pod jego adresem listę zarzutów, m.in. ten o jego omnipotencji.

A.M.: Mam nadzieję, że wola pracy i współdziałania z innymi instytucjami będzie naszą najlepszą legitymacją. Ustawa sejmowa o prawach i obowiązkach posłów pozwala nam na uzyskiwanie informacji i obliguje wszystkie instytucje do ich udzielania na żądanie posła oraz do podjęcia wszystkich działań na skutek interwencji posła. Prawdopodobnie jeszcze w tym tygodniu zwrócimy się do NIK o przebadanie sposobu działania instytucji odpowiedzialnych za przygotowanie wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Naszą metodą jest dobra wola i ciężka praca. Jesteśmy zdeterminowani do wyjaśnienia i ujawnienia prawdy. To najlepsze narzędzie. Niestety, często brakuje go instytucjom państwowym.

A.A.: Ale jak dotąd nikt spoza PiS do zespołu się nie zgłosił...

A.M.: Zapewne więc będą musieli odpowiedzieć kiedyś wyborcom, co parlamentarzyści zrobili, by wyjaśnić tę katastrofę. Chcę też powiedzieć, że jest wiele zagranicznych instytucji, które czekały na taką inicjatywę, jak powołanie zespołu, i które chcą z nami współdziałać. Będziemy współdziałali także z tymi senatorami i kongresmenami ze Stanów Zjednoczonych, którzy taką wolę deklarowali. Liczymy też na współpracę z posłami Parlamentu Europejskiego.

A.A.: Czy może Pan zdradzić jakieś szczegóły?

A.M.: Dopiero po ukonstytuowaniu się władz zespołu.

A.A.: Dziękuję za rozmowę.


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (18) | dodaj komentarz

Rodziny przerywają milczenie

niedziela, 25 lipca 2010 11:17
Mimo że spotkanie prokuratorów z rodzinami ofiar katastrofy smoleńskiej ma się odbyć już za kilka dni, Prokuratura Generalna nie jest w stanie określić, kto będzie w nim uczestniczył. Pełnomocnicy rodzin liczą na obecność prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta oraz naczelnego prokuratora wojskowego Krzysztofa Parulskiego, którzy najlepiej znają szczegóły śledztwa.



Spotkanie w Centralnej Bibliotece Wojskowej w Warszawie ma być zamknięte dla mediów. - Taką decyzję podjął prokurator. Będą tam przekazywane informacje rodzinom, a nie opinii publicznej - powiedział nam ppłk Marcin Wiącek, rzecznik prasowy komendanta głównego żandarmerii wojskowej. - Dziwię się, że prokuratura nie chce, by w spotkaniu uczestniczyły media. To jest bardzo ważne, by ludzie wiedzieli, co na nim będzie - mówi Beata Gosiewska, wdowa po Przemysławie Gosiewskim. Faktem tym są zdziwieni także pełnomocnicy rodzin ofiar. Zapowiadają postawienie szeregu pytań dotyczących współpracy prokuratury polskiej z prokuraturą rosyjską, a także złożonych przez nich wniosków m.in. o wypożyczenie stronie polskiej czarnych skrzynek będących w dyspozycji MAK. Wniosek taki do polskiej prokuratury ze strony mecenasa Piotra Pszczółkowskiego, pełnomocnika Jarosława Kaczyńskiego, wpłynął już dwa miesiące temu.

Mecenasi chcą jechać do Smoleńska
Pełnomocnicy poruszą też kwestię, czy istnieje możliwość oględzin miejsca zdarzenia przez polskich prokuratorów, zarówno lotniska, jak i samej wieży kontrolnej. - Chodzi o stworzenie im możliwości obejrzenia płyty lotniska i warunków technicznych, jakie tam panują. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że to zależy od dobrej woli strony rosyjskiej - mówi Pszczółkowski. Mecenas nie ukrywa, że poruszy też kwestię dotyczącą uproszczenia procedur dotyczących realizacji wniosków o pomoc prawną, co zapowiadał niedawno minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski. Po dokonaniu rozdzielenia funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego nie aneksowano umów międzynarodowych, a konkretnie umowy o pomocy prawnej z 1996 roku. Na mocy tego dokumentu stroną dla rozmów z Rosjanami ze strony polskiej jest co do zasady tzw. organ centralny - Ministerstwo Sprawiedliwości, ze strony Federacji Rosyjskiej natomiast - minister sprawiedliwości lub prokurator generalny. Gdyby Kwiatkowski ustalił z Rosjanami uproszczenie tych procedur, wówczas wnioski o pomoc prawną mogłaby kierować sama prokuratura. - W polskich mediach jednak cały czas ukazują się informacje, że sprawą katastrofy smoleńskiej rządzi niezależna prokuratura i prokurator generalny Seremet. Tymczasem z braku ustaleń pomiędzy stroną polską a rosyjską, na podstawie samych zapisów umowy z 1996 roku prokurator generalny może zostać przez Rosjan uznany za organ nieuprawniony do zgłaszania wniosków o pomoc prawną.
- Moim zdaniem, wnioski pochodzące z polskiej prokuratury strona rosyjska może w przyszłości potraktować jako ułomne ze względu na to, że nie pochodzą z Ministerstwa Sprawiedliwości - organu centralnego w rozumieniu umowy z 1996 roku. Strona rosyjska jako zasadne może potraktować tylko wnioski o pomoc prawną pochodzące z Ministerstwa Sprawiedliwości - tłumaczy mecenas Pszczółkowski. Na spotkaniu padnie też pytanie o protokoły sekcji zwłok ofiar katastrofy. Jak na razie prokuratura dysponuje tylko protokołem sekcji zwłok prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W dyspozycji prokuratury polskiej znajdują się też zdjęcia z sekcji zwłok prezydenta oraz dokumentacja fotograficzna sprzed przystąpienia do sekcji zwłok. Nie ma natomiast zdjęć wykonanych po sekcji oraz podczas niej. Czy w protokole sekcji jest oznaczona godzina śmierci śp. Lecha Kaczyńskiego? Tej informacji mec. Rogalski nie ujawnia. - Zdjęcia z sekcji są dokumentami niejawnymi - tłumaczy.

Tajna kancelaria
Jakie materiały niejawne znajdują w prokuraturze? Rogalski nie wie. Zaznacza jednak, że w niedługim czasie będzie jednak chciał się zapoznać z dokumentami tajnymi. Opieszałością w polskim śledztwie niepokoją się też rodziny ofiar. - Na jakiej podstawie prokuratorzy wydali zgodę na pogrzeb naszych bliskich, jeśli nie dysponują jeszcze protokołami sekcji? - pyta Andrzej Melak, brat Stefana Melaka. Pełnomocników niepokoi też fakt, że prokuratura nie uwzględnia wniosków o dostęp do dokumentacji niejawnej. - Nie uzyskałem żadnej odpowiedzi, a w końcu powinniśmy mieć dostęp do wszystkich akt, również tych niejawnych - twierdzi Bartosz Kownacki, który reprezentuje rodziny Grażyny Gęsickiej, Tomasza Merty i Bożeny Mamontowicz-Łojek. Jego zdaniem, niezrozumiały jest ciągły brak zgody na zrobienie fotokopii dokumentów. Według relacji mecenasa prokuratura utrudniała dostęp do akt, tłumacząc się... wyborami prezydenckimi.
Mecenas Rafał Rogalski zapowiedział, że w poniedziałek złoży w prokuraturze wniosek o przesłuchanie szefa MON Bogdana Klicha m.in. na temat sytuacji w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego odnośnie do przewozu najważniejszych osób w państwie. Mecenas powołał się na decyzję szefa MON z lutego tego roku, w której - jak zaznaczył - jest mowa o "pilnej" potrzebie zawarcia umowy na udostępnienie samolotów Embraer do przewozów ważnych osób. Jego zdaniem, z decyzji tej wynika, że 36. pułk mógł nie mieć możliwości zapewnienia bezpiecznego transportu najważniejszych osób w państwie. Zapowiedział, że będzie wnioskował w prokuraturze o przedłożenie dokumentacji na temat oceny przez MON sytuacji w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego. Janusz Sejmej, rzecznik MON, zadeklarował, że minister obrony narodowej jest do dyspozycji prokuratury w tej i każdej innej sprawie, którą śledczy będą zainteresowani.

Pytają o szczegóły
Członkowie rodzin spotkali się wczoraj z Zespołem Parlamentarnym ds. Wyjaśnienia Katastrofy w Smoleńsku. Jak zaznaczył Antoni Macierewicz na konferencji prasowej poprzedzającej to spotkanie, rodziny prosiły o nie, ponieważ czują się "pozostawione same sobie". Na piątkowe posiedzenie zespołu stawili się członkowie rodzin Stefana Melaka, przewodniczącego Komitetu Katyńskiego, Bożeny Mamontowicz-Łojek, szefowej Polskiej Fundacji Katyńskiej i założycielki Federacji Rodzin Katyńskich, oraz Tomasza Merty, wiceministra kultury w rządzie Donalda Tuska. - Chcemy, by prace zespołu były rozpoczęte od wysłuchania rodzin ofiar, ponieważ trafna jest krytyka z ich strony tego, że inne okoliczności - techniczne czy polityczne, bardziej wciągnęły opinię publiczną aniżeli przeżycia, świadectwa, i doświadczenie rodzin ofiar zeszło na plan dalszy. To błąd, chcemy go naprawić - mówił Macierewicz. Poseł PiS oświadczył też, że nie ma możliwości, by poseł PO Janusz Palikot uczestniczył w posiedzeniu zespołu, ponieważ nie jest jego członkiem. W ten sposób poseł PiS odniósł się do ostatniej deklaracji polityka Platformy, który oświadczył, że złoży akces do tego gremium. - To jest posiedzenie, które jest poświęcone wysłuchaniu rodzin ofiar, a nie kogo innego - oświadczył Macierewicz, dodając przy tym, że członkami zespołu nie zostaną osoby, które ubliżają pamięci zmarłych w katastrofie. - Jesteśmy bardzo rozgoryczeni postawą wobec nas ze strony tych, którzy prowadzą śledztwo. Czujemy wsparcie tylko ze strony niektórych mediów i Kościoła - powiedziała w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Magdalena Merta. - Bardzo boli nas to, że istnieją przeszkody do zamontowania tablicy z nazwiskami ofiar w krypcie wawelskiej, gdzie złożone zostało ciało pary prezydenckiej. Rodziny miały to obiecane, teraz władze przed tym się bronią - dodaje.
Posiedzenie zespołu transmitowały na żywo TVN 24 i TVP Info. Tuż po ogłoszeniu przerwy, w momencie kiedy jeden z zaproszonych komentatorów wyrażał szacunek i zrozumienie wobec postulatów rodzin, prowadzący z nim rozmowę, nie spodziewając się takiego obrotu sprawy, szybko zakończył wątek. Po przerwie na reklamy telewizja TVN nie wróciła do tematu.

Horror w prosektorium
Na spotkaniu w parlamencie rodziny skarżyły się na sposób przeprowadzania identyfikacji ciał ich bliskich. Dokonywano jej w moskiewskim Instytucie Ekspertyz Medycyny Sądowej. - Brat leżał na kamiennym stole. Pokazał mi go polski patolog. Niedaleko leżało kilka następnych ciał - mówił w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Andrzej Melak, brat tragicznie zmarłego Stefana.
Mówił też podczas posiedzenia zespołu, że jeszcze w Moskwie szef kancelarii premiera Tomasz Arabski zapewniał rodziny ofiar, że wszystkie ciała wydobyto z wraku samolotu. W tym czasie prokurator generalny Andrzej Seremet na konferencji prasowej w Warszawie poinformował, że nie wydobyto jeszcze ciał ofiar z kokpitu.
Opowiadał, że na miejscu pracowały tylko cztery zespoły rosyjskie. Panował bałagan - w hotelu mylono nazwiska osób, które udały się do Moskwy. - A przecież przechodziliśmy taką samą procedurę celną jak wszyscy, była więc możliwość zweryfikowania tych list - mówi Melak. Przy przesłuchaniu rodzin przez Rosjan w czasie identyfikacji nie było przedstawiciela polskiej dyplomacji ani prokuratorów. Potwierdza to Beata Gosiewska, żona śp. Przemysława Gosiewskiego. Ciało posła PiS identyfikował brat jego matki. Według relacji Gosiewskiej, pozostałe ciała były przykryte. Zwłoki ofiar typowano po opisaniu rzeczy, w jakie dana osoba była ubrana. - Tam było wiele pomyłek. Ciało Komorowskiego pomylono z ciałem Komornickiego. Nie wiem, czy ostatecznie było to wyjaśniane. Szokujące jest dla nas to, że mija kolejny miesiąc, a nam ciągle nie przekazano dokumentacji sekcji zwłok - mówi Gosiewska. - Tylko dzięki skrupulatności i zdrowemu rozsądkowi wuja mojego męża jego ciało zostało zidentyfikowane - dodaje. Zaznacza, że znane są jej relacje żony jednego z członków załogi tupolewa, która dziwiła się problemom z identyfikacją ciał pilotów - przecież na mundurach wojskowych znajdują się pagony określające dystynkcje wojskowe. W ocenie Jarosława Zielińskiego (PiS), członka zespołu, pytania rodzin pozostają wciąż aktualne i muszą zostać uwzględnione na spotkaniu z prokuratorami.
Antoni Macierewicz zaznaczył, że niektóre media mówią o zespole jako zespole PiS. - To nie jest zespół PiS i proszę go tak nie nazywać. To zespół parlamentarny, do którego prac mogą włączyć się posłowie ze wszystkich klubów poselskich - mówił poseł. Tymczasem już po pierwszej części posiedzenia na portalu Gazety Wyborczej znalazła się nazwa "obrady Zespołu Macierewicza". Gazeta nie ominęła też okazji, by ironicznie wypowiedzieć się o rodzinach ofiar. Pojawiły się też aroganckie wpisy internautów typu: "Polityczna hucpa pisowskich oszołomów". Z kolei na portalu Rzeczpospolitej nie było żadnej wzmianki o rodzinach ofiar.
Podczas drugiej, zamkniętej dla mediów części posiedzenia, zespół powołał trzy grupy chronologiczno-tematyczne i uzupełnił swoje prezydium o Annę Sikorę i Arkadiusza Mularczyka. Jedno miejsce w prezydium - jak mówił dziennikarzom po zakończeniu spotkania zespołu Macierewicz - pozostało wolne. - Ale być może będą jeszcze inni posłowie, którzy zdecydują się wejść w skład zespołu i wtedy prezydium zostałoby o jedną z tych osób uzupełnione. Prowadzimy już stosowne rozmowy - zaznaczył Macierewicz. Dodał, że chodzi o posłów z innych klubów parlamentarnych.
Akces do zespołu oprócz Palikota zgłosił już inny polityk Platformy - Grzegorz Raniewicz. Ponieważ mówił, że śmierć polskiego prezydenta to wydarzenie bez precedensu i skoro już powstał zespół, który chce zająć się tą sprawą, to należy uczestniczyć w jego pracach tak, by wyjaśnić wszystkie okoliczności tragedii i spróbować dojść do prawdy.
Anna Ambroziak
Podziel się
oceń
0
1

komentarze (17) | dodaj komentarz

Czas na zegarku generała Błasika zatrzymał się na godz. 8.38

niedziela, 25 lipca 2010 11:06


Z Ewą Błasik, żoną śp. gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych RP, który zginął w katastrofie rządowego samolotu nieopodal Katynia, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler


Błyskawicznie po katastrofie tupolewa minister Radosław Sikorski, a także Rosjanie ogłosili, że był to błąd pilota. Później pojawiły się spekulacje na temat nacisków przełożonych na mjr. Arkadiusza Protasiuka. Gdy Edmund Klich oznajmił, że z odczytu rekordera Tu-154M wynika, że gen. Andrzej Błasik przebywał w kokpicie, cień podejrzenia padł na Pani męża. Jak odebrała Pani tę wiadomość?
- Nie wiem, kto zidentyfikował głos mojego męża w kabinie. Do tej pory nie zwrócono się z taką prośbą do nikogo z członków mojej rodziny. Jeżeli rzeczywiście w którymś momencie lotu mąż przebywał w kokpicie, to nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Był dowódcą z prawdziwego zdarzenia i nigdy nie chował głowy w piasek. Skoro była trudna sytuacja, najprawdopodobniej został tam poproszony, by bronić stanowiska załogi, gdyby ta zdecydowała o lądowaniu na innym lotnisku. Jestem pewna, że mąż tak by postąpił. Dowodem na to jest znana nam wszystkim sprawa lotu do Tbilisi. Doskonale pamiętam, co mąż mówił do pilota, który odmówił wykonania tego lotu. Akurat tego dnia w Białej Podlaskiej w obecności m.in. kilku generałów z dowództwa Sił Powietrznych odbywał się pogrzeb mojej mamy. Stojąc obok męża, słyszałam jego słowa skierowane do któregoś z pilotów, że nikt nie ma prawa niczego nakazywać dowódcy załogi, bo on o wszystkim decyduje i ma prawo odmówić wykonania lotu, jeżeli w jakikolwiek sposób zagraża to bezpieczeństwu. W tej sprawie przy najbliższej okazji rozmawiał ze śp. panem prezydentem Lechem Kaczyńskim, broniąc stanowiska pilotów. Pan prezydent, który bardzo szanował męża i liczył się z jego zdaniem, przyjął jego wyjaśnienia ze zrozumieniem.

Nikt nie zwrócił się do Pani o pomoc w identyfikacji głosu należącego rzekomo do męża?
- Bardzo bym chciała sama potwierdzić lub zaprzeczyć, że to głos mojego męża zarejestrowały czarne skrzynki. Może to tylko sugestie przewodniczącej komitetu MAK? Nie rozumiem, dlaczego na samym początku nie poproszono mnie o to, a do mediów podano wiadomość, że mąż był w kabinie pilotów przed katastrofą. To bardzo rani moją rodzinę.

Identyfikowała Pani ciało męża?
- Nie, nie byłam w Moskwie. Zawróciłam dosłownie ze stopni samolotu, nie byłam w stanie tam lecieć. Wcześniej zaczęto nas uświadamiać, w jakim stanie mogą być ciała najbliższych; zrobiło mi się słabo, nie mogłam się z tym pogodzić. Chyba dobrze, że mnie tam nie było, bo mąż identyfikowany był na podstawie DNA, jego ciało było w częściach. Podejrzewam, iż te ciała, które były najbardziej zmasakrowane, w ogóle nie były pokazywane rodzinom. Wiem, że w Moskwie był syn gen. Kazimierza Gilarskiego i niewiele widział. Generał Gilarski był wspaniałym człowiekiem, razem spędzaliśmy ostatniego sylwestra i Nowy Rok. Trudno przyjąć do wiadomości, że jego też nie ma, tak samo jak niezastąpionego gen. Franciszka Gągora. Ufam, że w trumnie, która przyleciała do Polski jako ostatnia, jest mój mąż; nie wyobrażam sobie, by było inaczej. Myślę tak dlatego, bo otrzymałam jego rzeczy osobiste, które przy nim znaleziono. Wśród nich obrączkę i zegarek, na którym czas zatrzymał się na godzinie 8.38. Rozumiem, że wtedy zginął.

Pani mąż był doświadczonym pilotem. Jak Pani ocenia medialne spekulacje, jakoby złamał zasady bezpieczeństwa ruchu powietrznego?
- Bardzo dobrze znałam mojego męża i wiem, że nie mogły zdarzyć się rzeczy, które insynuowano. W tych stenogramach mój mąż na nikogo nie naciska, niczego nie sugeruje załodze, do której z całą pewnością - jak wszyscy pasażerowie tego samolotu - miał zaufanie. Natomiast absolutnie nie mam zaufania do komitetu lotniczego MAK. Uważam, że powinien być zbadany nie tyle poziom stresu w kabinie pilotów, ile poziom odpowiedzialności wykonywania obowiązków przez kontrolerów rosyjskich. Ogromnie ranią mnie i moją rodzinę media żądne krwi, które szargają dobre imię mojego męża, gdy ten nie może się bronić. W rzucaniu kalumnii na niego i oskarżaniu go przoduje TVN 24, nie wspominając już o programie "Teraz my!". Ci ludzie już osądzili mojego męża. Zapraszają do programu tzw. ekspertów, którzy nie sprawdzili się w lotnictwie, a teraz mają swoje pięć minut i wyżywają się na moim mężu. Prym wiedzie tutaj pan Tomasz Hypki, który nigdy nie służył w Siłach Powietrznych, a mąż nie zgadzał się z nim w sprawach lotnictwa i nie brał go w ogóle pod uwagę jako eksperta w tych kwestiach. W sprawie katastrofy zabierają również głos piloci cywilni, którzy nie mają pojęcia, czym jest lotnictwo wojskowe, a chcą zrobić za wszelką cenę winnego z mojego męża. Jedynie pan Michał Fiszer stara się obiektywnie ocenić sytuację. Myślę, że tylko ludzie, którzy zazdrościli mojemu mężowi stanowiska, do którego doszedł ciężką pracą, bez żadnych protekcji, mogą dziś źle o nim mówić. W czasie żałoby czuję się lepiej, gdy nie oglądam tych jazgoczących mediów i "ekspertów" żądnych krwi.

Dlaczego, Pani zdaniem, próbuje się wyciszać sprawę śledztwa smoleńskiego, niekiedy wręcz trywializować.
- Nie wiem, komu tak naprawdę zależy na prawdzie. Od początku mam wrażenie, że niewielu ludziom. Nie chcę mieszać w to prokuratury, ale zaczynam w tej sprawie nikomu nie ufać. Wielu rządzącym się nie podobało, a na pewno stronie rosyjskiej, że mąż był bardzo szanowany przez wszystkich dowódców NATO, zwłaszcza przez samych Amerykanów, którzy odznaczyli go Legią Zasługi. Był właściwie pierwszym z pokolenia nowych generałów, dowódców Sił Powietrznych, który nie miał nic wspólnego z Układem Warszawskim. Nie był prosowieckim, twardogłowym generałem z tego układu, lecz prawdziwie natowskim dowódcą. Nie dziwię się więc Rosjanom, że chcieli z niego zrobić takiego twardogłowego, który wbrew wszelkim zasadom naciskał na pilotów, bo chciał na siłę wylądować w Smoleńsku.

Przychyla się Pani do którejś z hipotez przyczyn katastrofy?
- Przede wszystkim myślę, że nikt z lecących Tu-154M nie chciał się zabić. Już nieważne, kto był na pokładzie tego samolotu, każdy przecież chciał żyć, także mój mąż. Dopiero chyba po uderzeniu w drzewo zrozumieli, że zginą, bo nie zdążyli wyprowadzić samolotu. Kapitan Protasiuk był wcześniej na lotnisku w Smoleńsku, znał je, więc na pewno nie można mówić o jego błędzie. Coś musiało ich zaskoczyć lub w błąd wprowadzili ich rosyjscy kontrolerzy. Dziś jednak najłatwiej obarczać winą pilota, podawać opinii publicznej jego słowa wyrwane z kontekstu, że jak nie wyląduje, to go zabiją. Mojego męża obwinia się dziś nie tylko za katastrofę pod Smoleńskiem, ale za wszystko, za ostatnie 20 lat polskiego lotnictwa. To przecież nie jego wina, co się przez ten okres złego działo w naszym lotnictwie, tylko poprzednich ministrów, którzy wprowadzili nas jedynie do NATO, tak jakby to miało załatwić całą sprawę. Wielu z nich nie przejmowało się później, skąd wziąć pieniądze na szkolenie pilotów, samoloty, śmiano się, że mogą latać nawet na wrotach od stodoły... Dziś pokutujemy za to. Jeszcze raz podkreślę - nie wierzę w żadne naciski na pilotów, tym bardziej ze strony męża, bo on miał zupełnie inną osobowość. Bardzo kochał pilotów, traktował ich prawie jak własne dzieci i zawsze bronił ich decyzji. Mąż jako pilot wielokrotnie wychodził z ekstremalnie trudnych sytuacji, był do końca perfekcyjnie opanowany. To był człowiek z wyobraźnią, na pewno nie znajdował się pod czyjąkolwiek presją, podejrzewam, że nie wiedział, dlaczego ginie. Jestem pewna - mówię tutaj w imieniu mojego męża, który już nie może się bronić - że wolałby raczej sam zginąć, niż narazić czyjeś życie. Przecież wiadomo było, że to jest najważniejszy samolot w naszym państwie i na jego pokładzie znajdują się najważniejsze osoby. Mąż rzadko latał tym tupolewem, więc kiedy pojawiły się insynuacje, że w pewnym momencie nawet siedział za jego sterami, przestałam oglądać telewizję. W ogóle mam wrażenie, że w Polsce trwa jakiś niekończący się czarny horror, w którym często pojawia się moje nazwisko.

Dlaczego, w Pani opinii, już od pierwszych godzin po rozbiciu się tupolewa większość mediów i obóz rządzący konsekwentnie budują mit rzekomej winy pilotów?
- Wierzyłam w poznanie prawdy o przyczynach tej katastrofy, póki nie usłyszałam komitetu MAK. Gdy obwieścił on, że naciski i poziom stresu w kabinie pilotów były główną przyczyną katastrofy, od tego momentu straciłam wiarę, iż kiedykolwiek poznamy prawdę. Jak można bez sądu, prawa do obrony, bez dowodów, faktów czy potwierdzonych informacji mieć odwagę insynuować i podawać na podstawie wyrwanych z kontekstu słów domniemane przyczyny katastrofy, robiąc z mojego męża generała bez wyobraźni? Nie mieści mi się to w głowie. Nie jest w ogóle pewne, że mój mąż był w tej kabinie, a jeśli tak, to nie wiadomo dokładnie, kiedy tam wszedł. Ze stenogramów wynika, że nie przeszkadzał pilotom.

Jakim był człowiekiem?
- Przede wszystkim, jak wspomniałam już wcześniej, był dowódcą nowej generacji, nowej epoki, nowego pokolenia, wykształconym na Zachodzie. Był nie tylko szanowany przez dowódców z innych państw, lecz także przez swoich podwładnych, czego dowodem był jego pogrzeb, na który przybyło tysiące ludzi. Na pewno był stanowczy, wymagający, ale jednocześnie sprawiedliwy, otwarty, szczery. Jestem szczęśliwa, że 25 lat mojego życia dane mi było spędzić u boku tak wspaniałego, ciepłego i mądrego człowieka. Pod każdym względem straciłam - tak potrzebne do funkcjonowania każdego dnia - poczucie bezpieczeństwa, oparcia i wzajemnego zrozumienia. Każdego dnia boleśnie odczuwam brak obecności mojego męża i nie wiem, skąd brać siły i czerpać energię na dalsze życie bez prawdziwego przyjaciela mojego życia.

Z pomocą na pewno przychodzi wiara...
- Jestem osobą bardzo wierzącą i chyba bym się nie podniosła, gdybym nie wierzyła w Boga, że jest i czuwa nad nami. Jako żona pilota nieraz byłam w takiej sytuacji, w której jedynie wiara mnie ratowała. Często chodziłam modlić się do bazyliki Świętego Krzyża, mojej ulubionej świątyni w stolicy. Bez Boga nerwowo nie wytrzymałabym napięcia, które wiązało się z różnymi trudnymi sytuacjami w lotnictwie, w których brał udział mój mąż. Wiem, że dziś mój mąż jest blisko mnie, nie tylko przychodzi do mnie w snach, ale stale czuję jego obecność. Był dla nas wszystkim, dzieci: 23-letnia córka i 21-letni syn, były bardzo związane z ojcem. Dziś muszę nabierać sił na dalsze zmaganie się z losem. Gdyby nie moja przyjaciółka z dowództwa Sił Powietrznych, która jest psychologiem, nie byłabym w stanie funkcjonować po katastrofie.

Czym kierowała się Pani, zgłaszając swój akces do Stowarzyszenia Katyń 2010?
- Przede wszystkim chciałam poznać te rodziny, które tak jak mnie dotknęła ta straszna katastrofa. Myślę, że w przeżywaniu żałoby łatwiej znaleźć zrozumienie i oparcie w grupie. W 2007 roku, kiedy mąż został dowódcą Sił Powietrznych, chciałam poznać żony pilotów, których mężowie zginęli w katastrofach lotniczych. Sama dotarłam do tych wdów. Mąż również spotykał się z nimi, pomagał im znaleźć pracę, odwiedzał groby ich mężów, czego nie było wcześniej w powojennej Polsce. Dzięki temu razem z mężem przyczyniliśmy się do zmiany wizerunku dowództwa Sił Powietrznych. Właściwie dzięki mojemu mężowi powstało w Siłach Powietrznych stowarzyszenie rodzin żołnierzy, którzy zginęli w katastrofach lotniczych. Teraz sama należę do tego stowarzyszenia... Natomiast do Stowarzyszenia Katyń 2010 dołączyłam również dlatego, że jest ono za Polską i prawdą, którą ja również chcę poznać. Wiem, że rodziny zastanawiają się nad wnioskami o ekshumację bliskich, lecz ja na razie tego nie rozważam.

Uzyskała Pani po katastrofie wsparcie ze strony Ministerstwa Obrony Narodowej?
- Otrzymałam kilka telefonów od pana ministra Bogdana Klicha, jestem też dosyć blisko z panią Anną Idzik, żoną pana ministra Marcina Idzika. Miałyśmy okazję poznać się bliżej podczas odsłonięcia tablicy poświęconej pamięci mojego męża w dowództwie Sił Powietrznych. Mam od niej zapewnienie, że w każdej sprawie mogę do nich dzwonić, nawet bez pośredników.

Jak Pani ocenia powołanie Zespołu Parlamentarnego ds. Wyjaśnienia Katastrofy Smoleńskiej, to gremium może się przyczynić się do zdynamizowania śledztwa?
- Nie sądzę, żeby to zaszkodziło śledztwu. Wszelkie sposoby dochodzenia prawdy wydają mi się dobre, żeby tylko prowadziły do celu. Wiadomo, że w lotnictwie, gdy dojdzie do katastrofy, zwykle składa się na nią wiele przyczyn. Trudno mi jednak pojąć, dlaczego doszło do katastrofy najważniejszego samolotu w państwie. Nie chcę nikogo oskarżać, ale nie mam zaufania do strony rosyjskiej. Do tej pory nie wiem, dlaczego spadł samolot CASA, a co dopiero prezydencki tupolew. Jest to bardzo zastanawiające. Nie rozumiem też, dlaczego po katastrofie CASY moje prywatne telefony były na podsłuchu. Gdy mówiłam rodzinie o czymś, co mi się w tej sprawie nie podobało, rozmowy były przerywane. Nie wiem, czy to tylko zbieg okoliczności. Nie rozumiałam, dlaczego w wolnym kraju - jako osoba cywilna, bo przecież w wojsku nie pracowałam - doświadczam takich rzeczy. Nie wiem, komu ostatecznie służą służby specjalne. Bardzo przeżyłam też to, w jaki sposób media potraktowały po katastrofie CASY mojego męża, który został wysłany do programu "Teraz my!". Nie powinien tam się znaleźć, to nie było miejsce dla dowódcy Sił Powietrznych, generała trzygwiazdkowego, bo tu chodziło o honor polskiego oficera, honor polskiego pilota. Dziennikarze prowadzący ten program zlinczowali go, a przecież nie mają pojęcia o lotnictwie i odpowiedzialności, jaką mąż dźwigał na swoich barkach. On bardzo przeżywał te wszystkie katastrofy, w których ginęli jego przyjaciele. Myślę, że nie przypuszczał, iż w ogóle możliwa jest w polskim lotnictwie taka katastrofa, jaka się zdarzyła z jego udziałem.

Ustanowiła Pani swojego pełnomocnika w śledztwie?
- Nie zrobiłam tego do tej pory. Jestem jednak w kontakcie z prawnikiem dowództwa Sił Powietrznych, panem płk. Adamem Dymerskim, który pomaga mi we wszelkich kwestiach prawnych. Nie jestem na takim etapie, by komukolwiek udowadniać, że mąż czegoś nie dopełnił. Nie mnie oceniać. Nie pozostaje mi nic innego, jak zdać się na prokuraturę, przez którą byłam jak na razie dwa razy przesłuchiwana.

Jaka powinna być forma upamiętnienia ofiar katastrofy? Nie razi Panią walka o krzyż przed Pałacem Prezydenckim, który postawili harcerze?
- Jestem osobą wierzącą, krzyż to dla mnie świętość. Myślę, że ofiarom katastrofy należy się godne upamiętnienie. Z wielkim szacunkiem odnoszę się do pary prezydenckiej, zarówno śp. pan Lech Kaczyński, jak i jego małżonka śp. pani Maria Kaczyńska byli wielkimi ludźmi. Również wszyscy pozostali, którzy znaleźli się na pokładzie tego samolotu, byli dumni, że mogą nas reprezentować, lecąc na uroczystości do Katynia. Nie ukrywam, iż zazdrościłam mężowi, że tam się udaje. Obiecał mi, że następnym razem, jeżeli będzie taka możliwość, to mnie tam zabierze, żebym sama mogła uczcić pamięć pomordowanych oficerów... Uważam, że w sprawie pomnika decydujący głos powinien należeć do społeczeństwa. Jeżeli uważa ono, iż pomnik powinien w tym miejscu powstać, to ja się pod tym podpisuję. Cieszę się, że pomnik poświęcony tragicznie zmarłym 10 kwietnia powstanie również na Powązkach, niedaleko kwatery mojego męża.

Dziękuję za rozmowę.



2. Po incydencie w Tbilisi słyszałam słowa męża skierowane do pilotów, że nikt nie ma prawa niczego nakazywać dowódcy załogi. W tej sprawie rozmawiał z Lechem Kaczyńskim, broniąc stanowiska pilotów. Prezydent przyjął te wyjaśnienia ze zrozumieniem.
3. Nikt z lecących Tu-154M nie chciał się zabić. Coś musiało ich zaskoczyć.
4. Mąż jako pilot wielokrotnie wychodził z sytuacji ekstremalnych, do końca był perfekcyjnie opanowany. Podejrzewam, że nie wiedział, dlaczego ginie.
5. Jestem pewna - mówię tutaj w imieniu mojego męża, który już nie może się bronić - że wolałby raczej sam zginąć, niż narazić życie kogokolwiek.
6. Mąż rzadko latał tupolewem; kiedy pojawiły się insynuacje, jakoby siedział za jego sterami, przestałam oglądać telewizję.
7. Wielu się to nie podobało, a na pewno stronie rosyjskiej, że mąż był bardzo szanowany przez wszystkich dowódców NATO, a zwłaszcza przez Amerykanów.
8. Mąż pomagał znaleźć pracę wdowom po pilotach, odwiedzał groby ich mężów; tego wcześniej w powojennej Polsce nie było. Dzięki niemu powstało w Siłach Powietrznych stowarzyszenie rodzin żołnierzy, którzy zginęli w katastrofach lotniczych.
9. Po katastrofie CASY moje prywatne telefony były na podsłuchu. Gdy mówiłam o czymś, co mi się w tej sprawie nie podobało, rozmowy były przerywane.
10. Bardzo przeżyłam to, jak po katastrofie CASY media potraktowały mojego męża, który został wysłany do programu "Teraz my!". Nie powinien tam się znaleźć, to nie było miejsce dla dowódcy Sił Powietrznych, generała trzygwiazdkowego, bo tu chodziło o honor polskiego oficera. Dziennikarze prowadzący ten program zlinczowali go, a przecież nie mają pojęcia o odpowiedzialności, jaką mąż dźwigał na swoich barkach.

 


Podziel się
oceń
1
2

komentarze (12) | dodaj komentarz

START BLOGA

sobota, 24 lipca 2010 22:21




DRODZY ZWOLENNICY PRAWA I SPRAWIEDLIWOŚĆI

Z wielką przyjemnością ogłaszam dziś start NOWO założonego bloga Dla WAS wszystkich zwolenników PRAWA I SPRAWIEDLIWOSCI

 
oraz co mam wielką nadzieje osób ''poszukujących'' swoich poglądów !!

http://nk.pl/profile/33110368

Nasz profil na portalu Nasza-Klasa zyskał wielką popularnosć oczywiscie wszystko dzięki WAM !!


-Przez całą kampanię wyborczą profil był prowadzony sumiennie i aktualizwoany nawet kilka razy dziennie .

- Dzięki Profilowi spotkało się w jednym miejscu 3214 osób o takich samych ideach oraz poglądach !

- Podarowaliscie nam 12314 opinii do każdej nowej wiadomosci !

- W sumie swoim własnym imieniem i nazwiskiem dodając komentarze Oddaliscie cegiełke w istnienie tego profilu

------------------------------------------

Z przyczyn od nas niezależnych dalsze istnienie profilu postawione było pod znakiem zapytania , ponieważ został zmieniony regulamin i dodawanie wiadomośći oraz informacji był niemożliwy z powodu limitów ....

-----------------------------------------------

Jak mówią CO nas NIE zabije TO nas WZMOCNI !

Wszystkich którzy czerpali satysfakcję oraz przyjemność

z czytania wiadomosci '' ze zródeł sprawdzonych''

zapraszamy na codzienne nas odwiedzanie na blogu oraz komentarze !

Nie dajmy sobie zamknąc UST !

JEDNOCZMY SIĘ !!

POZDRAWIAM SERDECZNIE I ZAPRASZAM !


Podziel się
oceń
3
2

komentarze (58) | dodaj komentarz

czwartek, 21 września 2017

Licznik odwiedzin:  16 820  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Archiwum

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

PATRIOTYZM SOLIDARNOŚĆ NOWOCZESNOŚĆ ZACHĘCAMY DO CODZIENNYCH ODWIEDZIŃ NASZEGO BLOGA!